Strategia
Bartłomiej Miernik, Teatr, nr 12, grudzień 2003
Aktor frunie od przełącznika świateł do mikrofonu, z lewej strony sali, na prawą. Ustawia, włącza, wyłącza, przeprasza uśmiechem. Biega, poprawia, stuka, wnosi stół, czasem coś zatańczy, rozda jakieś biało-czarne kartoniki, przeprowadzi głosowanie. Nie bardzo wprawdzie wiadomo na co głosujemy, ale dziś to i tak bez znaczenia, zdaje się nam mówić. Strategio Teatru Dada von Bzdülöw, zaprezentowana na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych, to eksperyment, to wielkie przekroczenie teatralnych granic, to wydobycie na wierzch, wybebeszenie tkanki teatralnej. To wielka gra publicznością i z publicznością. Jak opowiedzieć historię bez opowiadacza? Przez 52 minuty - jak w finalnej sekwencji z rozbrajająca szczerością oznajmił Leszek Bzdyl (reżyser, scenograf i zarazem jedyny wykonawca) - mamy prawo do uczestnictwa w tej zabawie. Chcecie strip-tease - macie, chcecie śmiszną opowiastkę o pluskwach - macie, mam tańczyć - to zatańczę. Proszę, bawcie się dobrze i potraktujcie ten mój wygłup jako rozpęd przed kolacją, dobranoc, zapraszam ponownie. To genialny spektakl artysty-mistrza polskiego teatru totalnego, w jakiejś mierze rozliczeniowy, łączący śpiew, taniec i słowo. Strategia - spektakl końca, dalej już tylko ściana.
Katarzyna Rączka, Scena, nr 1 (32) - 2004
Leszek Bzdyl (Dada von Bzdülöw) pokazał Strategię. Co ważne -swoją, jedyną i niepowtarzalną, zamkniętą w czasie 52 minut. Bo tyle trwa jego rozdwojenie na scenie, podział na aktora - pupila publiczności i aktora - postać obnażającą się wewnętrznie, wykrzykującą aż do ochrypnięcia swoją niewiedzę, pytanie o sens dalszego działania. Artysta dojrzały, mający nazwisko, uznanie i sukcesy, ten artysta pyta o to, czy publiczność rozumie jego, czy owo nazwisko właśnie. I tu znów okazuje się, że rozpalone dziewczęta wydają z siebie piski, gdy widzą umięśnione, nagie plecy Leszka Bzdyla (!). Nie piszczą zaś, gdy mówi o tym, że lepiej chyba być na początku drogi, gdy zakres możliwości i marzeń jest o wiele szerszy niż później - w punkcie, za którym kryje się już dokonane. To niezwykle osobiste, wstrząsające wyznanie, jest pytaniem o to, co dalej?. Czy ciągle mówić, a jeżeli tak, to o czym? Do kogo mówić i czego oczekiwać od widza, bo przecież nie o spazmy zachwytów tu chodzi. Strategia jest prezentacją tak świadomą i głęboką, że pozostawia widzom dwie możliwości: albo myśleć o niej za dużo, albo nie myśleć wcale. A decyzję o podjęciu bądź zaprzestaniu dalszego działania i tak podejmie artysta.
Tadeusz Skutnik
Tańczący z pytaniami, Dziennik Bałtycki, środa, 15.01.2003,
Leszek Bzdyl -niewiarygodne - dopiero teraz pozwolił sobie na całkowicie własny, indywidualny, prywatny nawet rzec można projekt artystyczny Monodram nosi tytuł „Strategia". Do „Strategii" Bzdyl dochodził przez ponad dwadzieścia lat bycia na pograniczach teatru, istnienia bardziej dla innych niż dla siebie aktorem, tancerzem, choreografem, pedagogiem. Aż powiedział: basta! Muszę coś wreszcie zrobić dla siebie. Coś z siebie wyrzucić; wypluć, wykrztusić, wycharczeć. Coś, co dławi, utrudnia oddychanie;, budzi po nocy.
Cośmy zrobili
Wbrew pierwszym skojarzeniom nie chodzi tu o jakiś grzech ciężki dręczący latami sumienie, np. zdradę przyjaciół albo sprzeniewierzenie się sobie. Ale z rodzajem rachunku sumienia mamy przecież do czynienia w „Strategii". Leszek Bzdyl pyta: co zrobiłem, cośmy zrobili z naszym buntem, nadzieją na wolność, nieustępliwością wobec zła. My, symboliczne pokolenie 1984 (zwracam uwagę również na „Orwellowski" sens tej daty); możeśmy bunt ustatecznili, nadzieję wypalili z gandzią, nieustępliwość utopili w postmodernistycznym relatywizmie? Pyta publicznie, a więc jest to zarazem spowiedź dziecięcia wieku dojrzałego.
Słowem i śpiewem
Ani tych pytań, ani odpowiedzi na nie wytańczyć się nie da. Język tańca jest zbyt ogólny, symboliczny. a tu potrzebny jest konkret, precyzja. Dlatego Bzdyl musiał sięgnąć po słowo i obraz. „Strategia" posługuje się opowieścią o Jasiu, który gdzieś za siedmioma tymi tam... bawi się „w sny i przebudzenia. Kiedy zasypia, jest rok 2003. l ludzie mówią, coś mówią. Kiedy się budzi, to ciągle jest 1984. Wtedy młodzi budowali i szli na barykady, śpiewając za Lechem Janerką: „Idziemy a nie wiemy dokąd, idziemy w stronę gwiazd, szukamy ciepłych mórz". Śpiewali o podnoszeniu głów, powstawaniu z kolan, niekiedy tylko... o stawianiu irokeza na głowie. „Punk postawił irokeza - strategia clowna" mówi o tym dosłownie Bzdyl. A także - „Jasiu bawi się w sny i przebudzenia - strategia przetrwania". I niedwuznacznie wskazuje. Jasiu to jestem ja, tańczący między strategią clowna i przetrwania. I nic błędniejszego, niż to wskazanie.
Z wolnością
Bzdyl patrzy na swoich równieśnych z dystansem i krytycyzmem, żeby nie popaść w patos lub w grzech pychy. Nie ma jednak w tym spojrzeniu złej woli. Podszyte jest dramatycznym i najostrzejszym pytaniem: cośmy zrobili, co robimy z naszą wolnością. To sekwencja zdjęć samego Bzdyla jak z fotoplastikonu, rozwalonego na kanapie, do jego tekstu o życiu seksualnym pluskiew, sekwencja przechodząca w migawki obrazów El Greca, opatrzone gorzkimi słowami ”Teraz nikt takich obrazów nie maluje. Bóg na nich byłby za płaski, brakowałoby mu kontekstu, intertekstualności, zero transgresyjności”
Spektakl kończy skromne: „ Mam taką strategię, na jaką mnie stać”. Chłopie! Stać cię było i jest na dużo więcej niż strategia przetrwania. Ostatecznie – „ważne, że próbowałeś”
Bartłomiej Miernik, Teatr, nr 12, grudzień 2003
Aktor frunie od przełącznika świateł do mikrofonu, z lewej strony sali, na prawą. Ustawia, włącza, wyłącza, przeprasza uśmiechem. Biega, poprawia, stuka, wnosi stół, czasem coś zatańczy, rozda jakieś biało-czarne kartoniki, przeprowadzi głosowanie. Nie bardzo wprawdzie wiadomo na co głosujemy, ale dziś to i tak bez znaczenia, zdaje się nam mówić. Strategio Teatru Dada von Bzdülöw, zaprezentowana na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych, to eksperyment, to wielkie przekroczenie teatralnych granic, to wydobycie na wierzch, wybebeszenie tkanki teatralnej. To wielka gra publicznością i z publicznością. Jak opowiedzieć historię bez opowiadacza? Przez 52 minuty - jak w finalnej sekwencji z rozbrajająca szczerością oznajmił Leszek Bzdyl (reżyser, scenograf i zarazem jedyny wykonawca) - mamy prawo do uczestnictwa w tej zabawie. Chcecie strip-tease - macie, chcecie „śmiszną" opowiastkę o pluskwach - macie, mam tańczyć - to zatańczę. Proszę, bawcie się dobrze i potraktujcie ten mój wygłup jako rozpęd przed kolacją, dobranoc, zapraszam ponownie. To genialny spektakl artysty-mistrza polskiego „teatru totalnego", w jakiejś mierze rozliczeniowy, łączący śpiew, taniec i słowo. Strategia - spektakl końca, dalej już tylko ściana.”
Katarzyna Rączka, Scena, nr 1 (32) - 2004
Leszek Bzdyl (Dada von Bzdülöw) pokazał Strategię. Co ważne -swoją, jedyną i niepowtarzalną, zamkniętą w czasie 52 minut. Bo tyle trwa jego rozdwojenie na scenie, podział na aktora - pupila publiczności i aktora - postać obnażającą się wewnętrznie, wykrzykującą aż do ochrypnięcia swoją niewiedzę, pytanie o sens dalszego działania. Artysta dojrzały, mający „nazwisko", uznanie i sukcesy, ten artysta pyta o to, czy publiczność rozumie jego, czy owo „nazwisko" właśnie. I tu znów okazuje się, że rozpalone dziewczęta wydają z siebie piski, gdy widzą umięśnione, nagie plecy Leszka Bzdyla (!). Nie piszczą zaś, gdy mówi o tym, że lepiej chyba być na początku drogi, gdy zakres możliwości i marzeń jest o wiele szerszy niż później - w punkcie, za którym kryje się już dokonane. To niezwykle osobiste, wstrząsające wyznanie, jest pytaniem o to, co dalej?. Czy ciągle mówić, a jeżeli tak, to o czym? Do kogo mówić i czego oczekiwać od widza, bo przecież nie o spazmy zachwytów tu chodzi. Strategia jest prezentacją tak świadomą i głęboką, że pozostawia widzom dwie możliwości: albo myśleć o niej za dużo, albo nie myśleć wcale. A decyzję o podjęciu bądź zaprzestaniu dalszego działania i tak podejmie artysta.
Beata Czechowska-Derkacz, Głos Wybrzeża, 14.01.2003
Każdy ma taką strategię, na jaką go stać - podsumowuje na koniec swojego monodramu Leszek Bzdyl. Jego "Strategia" to przeżyć. Przez 52 minuty na scenie. I opowiedzieć publiczności o sobie. W "Żaku" odbyła się premiera pierwszego indywidualnego projektu Leszka Bzdyla, przygotowanego w ramach Gdańskiego Stypendium Teatralnego.
Leszek Bzdyl - założyciel Teatru Dada von Bzdülow, aktor, mim, tancerz, choreograf i pedagog - to jeden z najciekawszych i najbardziej konsekwentnych artystów, który od lat prowadzi z wierną mu publicznością osobiste i niełatwe rozmowy. Najwięcej projektów powstało w ramach Teatru Dada von Bzdülow. Ale choć na scenie pojawia się niemal od 20 lat - "Strategia" to jego pierwszy indywidualny monodram: jest autorem scenariusza, reżyserem i wykonawcą. To dość przygnębiający rozrachunek z własną biografią i artystycznym doświadczeniem wolności, w której tylko z pozoru wszystko wolno. Na szczęście złagodzony autoironicznym dystansem i poczuciem humoru.
Bohater "Strategii" za każdym razem "zasypia" w roku 2003, kiedy "wszystko już było" i budzi się w roku 1984, kiedy "nic się jeszcze nie wydarzyło. Mówi o lękach, marazmie, artystycznej niemocy, zdumieniu otaczającą rzeczywistością, gorzkim smaku wolności. Leszek Bzdyl opowiada o tym wszystkim m.in. językiem idiotycznych, telewizyjnych talk show, w których ludzie na pozór - i w większości za pieniądze - "otwierają swoje serca". Albo też wykrzykuje do mikrofonu fragmenty buntowniczych tekstów, które na Jarocińskiej scenie w latach 80. brzmiały mocno i prawdziwie: (w spektaklu można usłyszeć teksty piosenek Lecha Janerki z legendarnej płyty Klaus Mitffoch). Dziś przemieszane eklektycznie ze wszystkimi możliwymi stylami pobrzmiewają tylko jak parodia anarchizmu czy punck rocka... I jeszcze czaruje publiczność tańcem w stylu lukrowanego disco.
Potrafi skupić na sobie uwagę publiczności spektaklem, w którym jedyną scenografię stanowi
ciemna scena ze sprzętem nagłaśniającym. Teatralne rekwizyty to nóż i latarka. Całość dopełniają wyświetlane slajdy, znakomita gra świateł i mroczna muzyka nowofalowej formacji Blurt z lat 80.
Drażni w "Strategii" próba uogólnienia pokoleniowego doświadczenia tekstem o Jasiu, który budzi się i zasypia w kraju na literę "P", ale jednocześnie projekt Leszka Bzdyla to otwarta rozmowa z publicznością. Artysta stawia w podsumowaniu ryzykowną tezę: jego strategia - przynajmniej w tym spektaklu - to po prostu przeżyć. A to niełatwe w dzisiejszym artystycznym chaosie.
Mateusz Czerwiński
Gazeta Festiwalowa, Łódzkie Spotkania Teatralne, 4-7.12.2003
Spektakl „Strategia” Leszka Bzdyla składa się z kolejnych części, oddzielonych od siebie przejściami podkreślającymi bardzo wyraźnie wszystkie mechanizmy i tworzywa teatru. W następujących po sobie scenach łamana jest drastycznie uprzednio przyjęta konwencja. Ustawiona na scenie konsola regulująca zmiany światła i muzyki oraz wyraźnie „wyobcowujące" zwroty do publiczności (nawet jeśli tylko w formie ironicznego uśmiechu) to jedne z wielu efektów podkreślających dobitnie, że poprzez poetykę przedstawienia bazującą na bezpardonowym łamaniu iluzji teatralnej, na plan pierwszy wysuwana wciąż będzie teatralność tego zdarzenia artystycznego.
Pierwsza część - poprzez odległe asocjacje z Beckettowskim „Nie ja" (kształt inscenizacyjny podobny do tego, który Beckett intencjonalnie zawarł w swym utworze, mówienie postaci o sobie w trzeciej osobie, liczne powtórzenia tekstu) - wprowadza nas w problematykę poszukiwania własnej tożsamości: sposobów i mechanizmów rządzących skomplikowanym procesem kształtowania się jednolitej osobowości. Słabo oświetlona twarz przywołuje postać Jasia, który uciekając w ułudę snu, stara się tworzyć własną rzeczywistość i poniekąd samego siebie.
Zasygnalizowany w części pierwszej problem kreacji, a właściwie autokreacji, zostaje kontynuowany i rozwijany w części drugiej. Po gwałtownym rozjaśnieniu całej sali ostrym, rażącym światłem i wybudzeniu widzów z intymnej w gruncie rzeczy ciemności, następuje próba sił i możliwości postaci scenicznej - Jasia - która właśnie została powołana do istnienia. Nasz bohater próbuje zadziałać w pustej przestrzeni, (według Brooka pusta przestrzeń, to wszystko co potrzebne - oprócz działających w niej postaci i ich obserwatorów oczywiście - by zaistniał akt teatralny). Niestety próba ta się nie uda je: inicjowane gesty i figury taneczne gasną równie szybko jak rozbłyskają, taniec jest kaleki, pokraczny w swym dążeniu do semantycznej ciągłości i konsekwencji. Machina teatralna ze zgrzytem staje w miejscu - iluzoryczność postaci rozmywa się żałośnie i odkrywa nagiego aktora kucającego na scenie, uśmiechającego się tajemniczo i ironicznie trochę do widzów, trochę do samego siebie.
Zagadnienie kreacyjności podkreślane jest dalej za pomocą dalszego uwypuklania zaplecza technicznego. Sugeruje to, że wszelka komunikacja w teatrze siłą rzeczy musi się odbywać na płaszczyźnie artyficjalnej, że nigdy nie odbywa się wprost, lecz musi być zapośredniczona przez „sztuczną" ze swej natury fikcję.
Czwarta część spektaklu jest w pewnym sensie apogeum, punktem krytycznym, w którym łączą się dotychczasowe wątki i sygnały wysyłane do widzów przez aktora. W scenie, w której postać zakreśla symboliczne koło i umieszcza się w jego środku, odizolowując się tym samym od nieprzyjaznej, nieokreślonej przestrzeni teatralnej, krystalizuje się ostatecznie myśl, na której opiera się całe przedstawienie. Otóż we współczesnym, postdramatycznym teatrze postać sceniczna po prostu nie jest w stanie zaistnieć, zrealizować swej tożsamości. Teatr postmodernistyczny, konsekwencja filozoficznych i estetycznych tendencji postmodernizmu, zaprzeczył i porzucił wszystkie, wypracowane w kulturze śródziemnomorskiej od czasów starożytnej Grecji, metody tworzenia fikcyjnego, spójnego świata przedstawionego - czy to w teatrze czy w dramacie. Przede wszystkim nastąpił zupełny zanik fabuły: nie tytko w rozumieniu arystotelesowskim, ale również wykroczono poza konwencje przyjęte od czasów poetyki dramatu absurdu, która zredukowała zdarzenia sceniczne do samej istoty dramatycznego „dziania się", a tym samym przekroczono wymóg zawiązania sytuacji dramatycznej w rozumieniu Souriau. Rezygnując z podstawowych funkcji języka: informacyjnej, perlokucyjnej, a nawet fatycznej, zrezygnowano automatycznie z tradycyjnie pojętej dialogowości. Zważywszy na fakt, że w dramacie postać realizuje się tylko poprzez „mówienie”, widać bardzo wyraźnie, że istnienie postaci w teatrze postdramatycznym jest nadwyraz wątpliwe. Pierwsze cztery części spektaklu Leszka Bzdyla są w tej perspektywie rozpaczliwą wałka postaci o życie, o uzyskanie podstawowego modusu ontycznego, który byłby konieczną podstawą do podjęcia jakichkolwiek innych działań . Rozpacz ta została oczywiście wzięta w ironiczny nawias, przedstawienie na szczęście ani na chwilę nie popada w patetyczno-żałobne tony, a owa rozpacz przeziera paradoksalnie właśnie przez - miejscami dosyć dosadny -komizm.
Po czwartej części następuje przerwa, od której rozpoczyna się radykalnie odmienne podejście do kwestii kreacji teatralnej: udowodnino daremność podejmowania starań, by powołać do istnienia świat fikcyjny i postać. Nasz Jasio okazał się niezdolnym do życia, eklektycznym tworem trochę na wzór kreatury doktora Frankensteina, której nie sposób wskrzesić. Rozpoczyna się więc sarkastyczna gra z konwencją i w konwencji sztuki, którą z pewną dozą nieścisłości można nazwać po-nowoczesną. Najpierw wyśmiana zostaje predylekcja awangardowych teatrów lat 70-tych i 80-tych do wchodzenia w karkołomne interakcje w relacji scena - widownia. Publiczność została wciągnięta w aktywny udział i współtworzenie spektaklu: odbyło się komiczne głosowanie, którego absurdalność wyraża się w tym, że tak naprawdę widzowie mogą głosować jedynie na „tak" - zarówno czarne i białe kartki oznaczają - „jest przyjemnie". Bzdyl w ten sposób daje nam wyraźnie do zrozumienia, że współcześnie - wraz z zanikiem wszelkich konwencji i poetyk normatywnych, co automatycznie zmusza do uznania każdego elementu dzieła sztuki za teleologiczny - zanikły jakiekolwiek kryteria mogące służyć do krytycznej oceny dzieła. Spektakl wyraża tę smutną prawdę o sztuce „po Duchampie", który pokazał, że nie istotne jest samo dzieło sztuki, lecz przyjęta na zasadzie konwencji czasoprzestrzeń, której przyznajemy prawo do nadmiernego - w stosunku do rzeczywistości - nabudowywania znaczeń. Wystarczy znaleźć się w tej czasoprzestrzeni i konceptualizować, lub po prostu odczuwać.
Nie tak dalekie echa tych zjawisk widać w spektaklu „Strategia". W teatrologii bowiem coraz częściej mówi się nie tyle o jasno zdefiniowanym „teatrze", lecz o bardziej nieokreślonej kategorii „teatralności". U Bzdyla objawia się to w mieszaniu i zacieraniu granic gatunkowych: czy striptease jest już teatrem? A koncert rockowy? A co z konwencją „one man show", na mocy której komicy występują w zachodnich knajpach i restauracjach opowiadając dowcipy i krótkie monologi? Ten synkretyzm w zasadzie rozsadza pojęcie „teatru" dając tym samym legitymizm dowolności, a co za tym idzie: nijakości.
Chyba właśnie wokół tej nijakości toczą się wszystkie spory o estetyczną wartość spektaklu Bzdyla. Pytanie: czy nijakość powinna być sposobem mówienia o nijakości, czy będąc celem komunikatu powinna być również jego środkiem? Problem sprowadza się do znakowania - poetyka nudy, bezsensowności i nieokreśloności prezentowanych przed widzami działań odsyła bowiem do samej siebie, przez co u widza może powstać wrażenie nieznośnej redundancji Zapewne bezpieczniejszą techniką inscenizacyjną jest kreowanie znaków i sytuacji symbolicznych, które raczej odsyłają do czegoś poza własną dosłownością, jednak w tym przypadku ten ryzykowny zabieg wydaje się być w pełni usprawiedliwiony i sfunkcjonalizowany.
Ostatecznym wnioskiem wynikającym z tej interpretacji „Strategii" Leszka Bzdyla, jest konstatacja, że współczesny teatr (i poniekąd generalnie sztuka), który nie powołuje do istnienia złożonego, jednolitego pod względem ontologicznym i estetycznym świata fikcji, uniemożliwia „schronienie się” w nim zarówno postaci scenicznej, jak i w konsekwencji widzowi/odbiorcy. Jedyne co pozostaje twórcy epoki ponowoczesnej, który nie chce się narazić na zarzut anachroniczności, to dowolnie (i nijako?) trwać w czasie przyznanym mu przez widzów. „Przetrwałem 52 minuty. Oto moja strategia.” - zakończył zdecydowanie „nie-nijako" Bzdyl.
Zabawa w przeszkody i ich omijanie, Głos Wybrzeża, 15.01.2003
Z Leszkiem Bzdylem rozmawia Katarzyna Gruszczyńska
-16 stycznia 1993 roku Teatr Dada von Bzdülöw dał pierwsze przedstawienie...
- Wtedy Dada to były dwa zespoły liczące ok. 40 osób. Najpierw powstało Dada „młodsze", a gdzieś już kiełkowało Dada „starsze". Młodsi zaprezentowali się po raz pierwszy w Pałacu Młodzieży w sali 22 przy dwóch reflektorach. Siedziałem i włączałem muzykę na „kaseciaku". Obsługiwałem też skromny, wyposażony w dwa suwaki, pulpit do świateł. Dzieciaki były wspaniałe, ja się wzruszyłem. Kilka miesięcy później dzieciaki dały kolejny spektakl pt. „Ptaki podobno jak ludzie" oraz „Dziewczyny, lalki i nic". Potem Dada „starsze", wyselekcjonowane do ośmiu osób, wyjechało do Berlina na mityng teatralny, gdzie spotkali się przedstawiciele niezależnych i zawodowych zespołów m.in. z Francji, Niemiec, Anglii, Polski. Pracowaliśmy razem przez trzy tygodnie. Rozpieścili nas tam strasznie i zmobilizowali do pracy. Dada rodziło się więc od stycznia do sierpnia.
- Dada von Bzdülöw istnieje 10 lat, ty występujesz na scenie od prawie 20 lat. W jakim momencie zastał was jubileusz 10-lecia?
- 10 lat to bardzo dużo w życiu teatru, zwłaszcza kiedy jest to zespół przyjaciół, a nie instytucja. Przez ten czas zrealizowaliśmy ponad 25 przedstawień. Jubileusz ten niesie ze sobą pytanie - co robić dalej. Czy będziemy odcinać kupony, czy nadal będziemy kreatywni. To jest trudny moment. Ale nie pamiętam okresu, kiedy było łatwo. Stale ta sama zabawa w przeszkody i ich omijanie. Każdy z nas oprócz tego, że robi Dada, zajmuje się indywidualnymi projektami, realizowanymi w Polsce i w Europie. I jest to dość poważne utrudnienie organizacyjne. Na pewno nie powiedzieliśmy jeszcze wszystkiego -wręcz przeciwnie. Gdy wydaje mi się, że osiągnąłem świadomość w danej formule teatralnej, robię sobie psikusa i zmuszam siebie do poznawania, drążenia nowej przestrzeni teatralnej.
- Mam wrażenie, że „Strategia" jest spektaklem, który musiał powstać.
- Z samodzielnym spektaklem nosiłem się od dwóch, trzech lat. Zastanawiałem się, jak dotknąć tego rodzaju indywidualnej wypowiedzi na scenie. W momencie, gdy mam wyjść sam na scenę, nie chcę robić kolejnego tanecznego solo, w którym tancerz jest podziwiany, ani też monodramu, w którym podziwiana jest technika wykonawcy, czy też opowiadanie zamknięte w literaturze. Pułapkę widzę w tym, że wszyscy chcemy być atrakcyjni. W gonitwie za atrakcją pojawia się nieszczęście, ponieważ ostatecznie nie mamy nic poza gonitwą do opowiedzenia. W „Strategii" świadomie odarłem teatr z technicznej otoczki, z pewnych możliwości.
- Bohater „Strategii" to budzi się, to zasypia. Gdy śpi, jest rok 2003, gdy się budzi -1984...
- Miałem 20 lat w latach 80., no i byłem przedstawicielem pokolenia kultury punk. Punk, jak to sobie na własny użytek analizuję, trafiał w Polsce na podatny i szczególny grunt. Byliśmy niejako w sytuacji patowej. Ani na lewo, ani na prawo kroku nie dało się zrobić, żeby nie wpaść w jakieś układy podejrzanych interesów władzy. Jedynym wyjściem było postawić sobie na głowie irokeza, włożyć dziwaczne ubranie i wrzeszczeć. Jak już się człowiek ukrył pod tym irokezem i ubraniem, to w przewrotny sposób zaczynał się czuć bezpieczny i mógł nieść dalej swoje marzenie o autonomii i wolności. Dziś mam blisko 40 lat i zastanawiam się, kim jestem. Czy w momentach kryzysu, frustracji, nie odzywa się cała przeszłość. Właściwie nie można się od tego uwolnić. Ten stan trwa i trwa. Zastanawiam się, czy człowiek nie niesie się na fali iluzji... I te intuicyjne bardziej niż socjologiczne myśli zaczęły się składać na spektakl. Bohater „Strategii" zaczął mieć wiele twarzy.
- Czy przez te wszystkie lata pojawił się moment zwątpienia w to co robisz, chęć ucieczki, zmiany zawodu?
- Najtrudniejszym momentem było zakończenie współpracy z Teatrem Ekspresji - bardzo interesujący zamysł estetyczny, ale eksploatujący człowieka do cna system pracy. Ciężko przeżyłem również trzy lata w teatrze Tomaszewskiego. Zespół zawodowy poddany wspaniałej myśli Tomaszewskiego, ale prowadzony despotycznie. Po tych etatowych obecnościach w teatrze, w którym nie było miejsca na swobodę wypowiedzi, wycofałem się, żeby uczyć. Przez dwa, trzy lata nie występowałem.
- Zastanawiałeś się nad wyjazdem na stałe za granicę?
- Pojawiła się taka pokusa. Tylko, że ja komunikuję się na poziomie "języka. Ważne jest każde słowo, szczegół, porozumienie, które można odnaleźć między słowami. Próby, które podejmowałem za granicą, kończyły się zderzeniem kulturowym. Jestem w naszej rzeczywistości mocno zakorzeniony. I jestem przekonany, że kiedy jesteśmy oglądani poza Polską, lub przez ludzi spoza Polski, to oni mają potężny problem z odbiorem. Dostawałem furii, gdy podczas pracy w Anglii, choreograf, czy reżyser przez dwa miesiące budował „obrazki", żeby było ładnie i intensywnie. Nie znoszę tej pseudometafory obudowanej intelektualną oprawą. Pytałem dlaczego, jak się te „obrazki" ze sobą łączą... Informacja zwrotna brzmiała: jakoś je później połączymy. I po takich odpowiedziach, to ja już wolałem wracać do tego naszego barbarzyństwa, bo emocjonalne i mięsiste.
- O Trójmiejskiej Korporacji Tańca było głośno swojego czasu. Teraz trochę ucichło, ale na pewno macie jakieś plany?
- Kolejna odsłona odbędzie się 8 i 9 lutego w klubie „Żak". Spróbujemy pokazać nowe rzeczy. Powstała strona inter-netowa: www.corpodance.republika.pl. Nie wymyśliłem tego, żeby być ojcem i matką tańca w Trójmieście. W pewnym momencie poczułem, że w naszym środowisku mnożą się niesnaski. Korporacja w jakiś sposób uzdrowiła sytuację. Nie mamy wyrazistego wsparcia, ale może to i dobrze, bo nie chodzi o to, żeby nas ktoś rozpieszczał. Udało się nam już coś wspólnie zrobić. Wierzę, że jeszcze wiele przed nami. To kwestia tego, czy potrafimy przydusić nasze chore ambicje.
- Dziękuję za rozmowę.
|