Caffè Latte
Czerwona trawa
Faktor T
Kilka Błyskotliwych
Spostrzeżeń

Karnacja
Przed południem,
przed zmierzchem

Magnolia
so beautiful
Bonsai
Opus Pessimum
Barricade of Love
Eden
Strategia
recenzje/archiwum

Przed południem, przed zmierzchem

Studiujemy międzyczas, Gazeta Wyborcza Łódź 07.03. 2009

Monika Wasilewska
Spektakli Piotra Cieplaka nie omija żaden teatroman. Teatr Leszka Bzdyla jest od lat wizytówką polskiego offu tanecznego. Artyści wspólnie przygotowali w Teatrze Nowym długo wyczekiwaną premierę "Przed południem, przed zmierzchem".
Monika Wasilewska: Jak reżyserowi słowa reżyseruje się taniec?
- Piotr Cieplak: Na szczęście praca z ciałem nie jest dla mnie nowa. Jako chłopiec dwa razy dziennie trenowałem łyżwiarstwo figurowe, ćwiczyłem balet, zajmowałem się pantomimą i nie od dziś używam tych doświadczeń w teatrze. Robiłem już spektakle bez słów, gdzie podstawowym językiem były gest i ruch. Choć oczywiście nigdy wcześniej w tak dużym natężeniu. Nie przywiązuję się w teatrze do jednej formy. Z upodobaniem ciągle zaprzeczam poprzednim krokom. Robię spektakl dla dzieci, a potem „Księgę Hioba", tekst Samuela Becketta, akcję bożonarodzeniową na dworcu centralnym, dyplom ze studentami aktorstwa, a później „Zemstę" Aleksandra Fredry. 
- Jak to się stało, że reżyseruje Pan w Łodzi? Po raz pierwszy...
- Zbigniew Brzoza zaprosił do zespołu Teatru Nowego Leszka Bzdyla, tancerza i choreografa. Ponieważ wiele razy pracowałem z nim przy różnych spektaklach, z czasem pojawiła się idea wspólnego łódzkiego przedsięwzięcia. Takiego, w którym zderzą się różne żywioły, a moje reżyserowanie spotka się w połowie drogi z pomysłami tancerzy.
- I jak wyglądają tarcia na linii reżyser-tancerz?
- Tarć nie ma, choć czasem mam pretensje do Leszka, że się za mało odzywa (śmiech). On wybiera postawę aktora w tym przedsięwzięciu, mniej jego aktywnego kreatora. A ja chciałbym go bardziej wykorzystać. Praca moja i zespołu przebiega szczególnie. Zanim zaczęliśmy te wszystkie fikołki i próbowanie na scenie, dużo czasu poświęciliśmy na bycie ze sobą. W lutym udało się zorganizować tygodniowy wyjazd na Mazury. Siedzieliśmy w śniegu, chodziliśmy po lesie, wspólnie jedliśmy, a nasze rozmowy i improwizacje stworzyły podstawy spektaklu. Aura wyjazdu wciąż nam patronuje.
- O czym jest "Przed południem, przed zmierzchem"?
- Ten spektakl nie opowiada historii. Nie ma fabuły w stylu: ktoś kogoś spotkał i się zakochał, ktoś inny go zabił itd. Gdy nie ma słów, a ludzie są obok siebie, zaczynają się odsłaniać treści podskórne, które przez nieuwagę i zagadywanie życia zwykle pomijamy. Interesują mnie międzyczasy, chwile mało spektakularne: nie o świcie i nie o północy, tylko w tej godzinie, w której słońce leniwie wędruje po kanapie. Międzyczasy są scenicznie frapujące. I zajmują nam w życiu bardzo dużo czasu.
- Siadamy na widowni, zaczyna się ten spektakl bez fabuły i co w nim widzimy?
- Na wstępie fundujemy publiczności 15 minut ostrego obrazu: życia w tempie przyspieszonym do granic wykonywalności. W centrum uwagi jest pięcioro lokatorów pięciu mieszkań. To wygląda tak, jakby pion w wieżowcu - gdzie wszystkie lokale mają ten sam układ - spłaszczyć do jednego mieszkania. Mamy pięć osób żyjących osobno, ale naraz. Poruszają się trochę jak w "Tangu" Rybczyńskiego. Po 15 minutach zgiełku i biegu zaczynamy studiować detale, chwile, na które bohater nie miał czasu, kiedy tak biegł. A my nie mieliśmy czasu, by dostrzec znaczenie małych gestów: naciskania klamki, stawania w progu, przeczuwania obecności innej osoby. O tym jest nasz spektakl - o magii i bogactwie codzienności, jej niedocenianych momentów. Nie zmierzamy do konkluzji w stylu "w domach z betonu nie ma wolnej miłości". Nie zależy nam na publicystyce. W sposób świadomy i ostentacyjny antydatowaliśmy ten spektakl. Pomaga nam w tym scenografia stylizowana na oldschool z lat 60. To pozwala uniknąć nachalnej aktualności. Ważnym elementem jest też muzyka, tworzona na żywo przez Patryka Zakrockiego i Pawła Szamburskiego. Trudno ją opisać, bo mamy tu klarnet i skrzypce. Można by powiedzieć - jakaś muzyka dworska, ale to dźwięki przetworzone przez jakieś tajemnicze maszynki uzyskują bardzo oryginalne i współczesne brzmienie. Raz jak ostry rock, a za chwilę jak medytacyjna muzyka z klasztoru.
- A gdyby miał Pan konkretnie nazwać tę konwencję, poetykę... 
- To, co mi przychodzi do głowy, to spektakl poetycki, ale wiem, że jak to się mówi, od razu ręce opadają i mina rzednie. A jednak wchodzimy tu w obszar, który, jak w poezji, jest między słowami, w tym co niewypowiedziane. Jedno i drugie słowo rozumiem, ale dopiero ich zestawienie tworzy interesującą jakość. W tym sensie ten spektakl jest "poetycki", bo też jest utkany z tego co pomiędzy. 

Poza słowami, Dziennik Teatralny Łódź, 02 kwietnia 2009
Monika Macur
Czy można poruszać istotne kwestie nie używając przy tym ani jednego słowa? Wydaje się to niemożliwe. A jednak. Wystarczy bowiem obejrzeć spektakl "Przed południem przed zmierzchem" w reżyserii Piotra Cieplaka w Teatrze Nowym w Łodzi, aby przekonać się, że można tego dokonać w sposób iście mistrzowski.
Wiele z przedsięwzięć tego genialnego twórcy odbiega od klasycznej formy teatru. Reżyser stawia na eksperyment, bawiąc się przy tym zarówno formą, jak i treścią. Tak jest i tym razem. W swoim nowym spektaklu Piotr Cieplak raczy nas teatrem bez słowa, wygranym jedynie gestem i ruchem. Współpraca z Teatrem Dada von Bzdülöw z Gdańska daje fenomenalny efekt, wzbudza zachwyt. W spektaklu możemy podziwiać zarówno reżyserski kunszt, jak i choreograficzno-taneczne możliwości aktorów (Izabela Chlewińska, Katarzyna Chmielewska, Leszek Bzdyl, Jacek Owczarek oraz Krzysztof Skolimowski).  
Cały ruch sceniczny zostaje wyznaczony przez precyzyjnie skonstruowaną scenografię Andrzeja Witkowskiego, imitującą typowe mieszkanie w blokowisku. Puls całości nadaje również świetna muzyka duetu Patryk Zakrocki, Paweł Szomburski. W tak wyznaczonej przestrzeni zostaje umieszczonych pięć postaci, zamieszkujących pion tego samego wieżowca. Codzienność owej piątki staje się egzemplifikacją życia każdego z mieszkańców domów z betonu.  
Na początku widz zostaje uraczony istnym maratonem codzienności. Pięć bezimiennych postaci w nieprawdopodobnym tempie wykonuje powszednie czynności: wstawanie z łóżka, ubieranie się, dokonywanie ostatnich poprawek przed lustrem. Po tym szaleństwie następuje wyraźna zmiana tempa, która umożliwia skupienie się na szczegółach, chwilach, momentach, tych najmniejszych okamgnieniach. Na deskach teatru dochodzi do manipulacji czasem i przestrzenią.  
Spektakl wyraźnie nawiązuje do „Tanga” Zbigniewa Rybczyńskiego. Podobnie jak w Oscarowej animacji, postaci żyją na tej samej przestrzeni, jednocześnie nie dzieląc jej ze sobą Są jej współmieszkańcami, korzystają z tego samego łóżka, szafy, kanapy, ale jednocześnie są dla siebie całkowicie obcy. „Przed południem przed zmierzchem” to studium samotności. Wszystkie pięć osób umieszczonych na jednej przestrzeni nawiązuje ze sobą kontakty, jednak zdają się one być jedynie powierzchowne i pozorne.  
Czar spektaklu zamknięty został w niedopowiedzeniach. Jeśli ze sceny padłoby chociaż jedno słowo, zniweczyłoby niecodzienny efekt. Spektaklowi bez tradycyjnie rozumianej fabuły udaje się urzec odbiorcę, skłonić do refleksji. Widz sam może odnaleźć i wykreować własny „międzyczas”, znajdujący się gdzieś przed południem i przed zmierzchem.

Milcząca przyjemność w Teatrze Nowym, Gazeta Wyborcza Łódź 08.03. 2009
Monika Wasilewska
Premiera duetu Piotr Cieplak - Leszek Bzdyl w Teatrze Nowym miała być jednym z hitów sezonu pod nową dyrekcją Zbigniewa Brzozy. Powstał niezbyt wymagający, ale udany spektakl, który dostarcza widzom estetycznej przyjemności.
Podczas premiery dało się wyczuć atmosferę entuzjazmu i radosnego wyczekiwania. W końcu nieczęsto teatr dramatyczny realizuje premierę taneczną. Równie nieczęsto zdarzają się w łódzkim teatrze kooperacje tak znanych artystów. Piotr Cieplak nigdy wcześniej nie reżyserował w Łodzi. Leszek Bzdyl, lider offowego Teatru Dada von Bzdülöw, zanim zasilił zespół artystyczny Nowego, bywał tu okazjonalnie podczas festiwali. W trzy miesiące artyści powołali do życia zgrabny spektakl "Przed południem, przez zmierzchem".
Punktem wyjścia dla choreografii stała się przestrzeń. Scenografia Andrzeja Witkowskiego wygląda tak, jakby ktoś prześwietlił rentgenem mieszkanie w blokach. Wzrok przenika ściany - z których zostaje jedynie żelazny szkielet - i zatrzymuje się na obiektach. Jest stary tapczan, telewizor, palma, łóżko, kabina prysznicowa, kilka par drzwi jakby zawieszonych w próżni, lampy ze staroświeckim abażurem, lodówka. Trochę jak mieszkanie babci. Wpuszczony w tę przestrzeń ruch znosi hiperrealizm i czyni go umownym. Bo na lodówce się siada, przez okno się wyskakuje, tapczan pokonuje się gimnastycznym przewrotem, w sedesie topi się buty. Rdzeniem dla choreografii stają się więc podpatrzone w codzienności modele ruchu: chodzenie, siadanie, oglądanie telewizji, ubieranie się, czytanie gazety. Jest to taniec ubogi w taniec (rozumiany klasycznie). To raczej estetyczna wariacja na temat ciała w codzienności. I choć - podobnie jak w zawieszonych na ścianach kubistycznych obrazkach - rzeczywistość ukrywa się w absurdalnym i niepozbawionym humoru zniekształceniu, to ona, a nie np. wewnętrzny impuls emocjonalny, determinuje kształt ruchu.
Cieplak nie rozwija w "Przed południem " żadnej linearnej opowieści. Raczej mnoży kolejne warstwy-epizody, ilustrując główny temat, którym jest upływ czasu. Intensywny bądź spowolniony, wypełniony nicnierobieniem, nużący, pasjonujący, płynący w różnych, opisanych muzycznie rytmach (świetny minikoncert Patryka Zakrockiego i Pawła Szamburskiego). Bohaterowie poruszają się w konkretnie określonej przestrzeni i czasie. Każdy z własną, osobną historią, wyrysowaną niewidzialną ścieżką, których skrzyżowanie doprowadza do rozmaitych zderzeń. Nie zabrakło w spektaklu tego, za co widownia najbardziej kocha Dadę - humoru i autoironii, kiedy np. w scenie domowej imprezy Leszek Bzdyl, jeden z ciekawszych artystów polskiego teatru tańca, gra zahukanego niezgułę bez poczucia rytmu. Ale kto zna inteligentne, deziluzyjne chwyty zespołu, odczuje ich niedosyt.
Spektakl jest przyjemny. I tyle. Bo też chyba o niewiele więcej zabiegali jego twórcy. Cieplak wykorzystuje tu teatr do zatrzymania gnającej na co dzień rzeczywistości. Nie udaje, że zmierza do jej interpretowania. Raczej do upajania się jej utrwaloną obecnością. Dlatego widz oczekujący teatralnej wypowiedzi w jakiejś sprawie będzie rozczarowany. Podobnie jak miłośnik teatru tańca oczekujący odważnej, nowoczesnej propozycji, twórczego zderzenia różnych jakości reżyserskich i choreograficznych. Ostatecznie jednak nie ma nic złego w dobrym teatrze dla przyjemności 

Brak słów, Dziennik Teatralny Łódź, 10 marca 2009
Agata Siuta
Bagatelizujemy chwile zamyśleń, szybko o nich zapominamy i zdając relacje z przebiegu naszego dnia są często przez nas pomijane. Piotr Cieplak w najnowszym spektaklu "Przed południem, przed zmierzchem", zrealizowanym wraz z tancerzami Nowego Dada w Teatrze Nowym w Łodzi, uświadamia nam jak piękne są takie chwile. Kiedy w zakamarku własnego mieszkania zatrzymujemy się i rozmyślamy o błahostkach lub o własnym życiu.
Piątka tancerzy doskonale odnajduje się wśród scenografii, która nie pozostawia wiele przestrzeni do tańca. Pośród najzwyczajniejszych mebli rozgrywa się doskonała choreografia. We współczesnym teatrze ruchu, odgrywanym przed oczami widzów, tancerze wykorzystują do tańca m.in. tapczan, telefon, drzwi. Starają się przekazać swoim ciałem wszystko nie wypowiadając ani jednego słowa, zabierają widza do swojego świata.  
W przedstawieniu reżyser przemyca małą nić fabuły, która jednak przy takim wykonaniu spada na drugi plan. Poznajemy piątkę lokatorów wykonujących codzienne czynności w swoim mieszkaniu. Jedno sceniczne lokum jest domem każdego z osobna. Jacek Owczarek, zaskakuje wykonując niesamowitą sekwencje ruchów jedynie po to, aby wyłączyć telewizor. W spektaklu nawet kąpiel czy zmiana stroju wyrażana jest poprzez taniec. Scena zabawy wszystkich lokatorów (m.in. niesamowity Krzysztof Skolimowski), która może uchodzić za pastisz różnych stylów tanecznych, robi ogromne wrażenie. 
Sekwencja choreograficzna w wykonaniu Leszka Bzdyla i Izabeli Chlewińskiej, kiedy wymijają się parokrotnie w drzwiach jest zdumiewająca i godna uwagi. W spektaklu nie można sobie pozwolić na drobne pomyłki czy zwolnienie tempa. Występ jest w całości zespołowy, odpowiedzialność jest zbiorowa. Widać, jak każdy daje z siebie to, co najlepsze i sprawia, że „Przed południem, przed zmierzchem” jest kolejnym sukcesem zarówno Piotra Cieplaka jak i Teatru Nowego w Łodzi. 
Dopełnieniem całości jest strona muzyczna spektaklu. Gra na żywo na klarnecie, na skrzypcach czy wykorzystany beatbox uzupełniają w pełni wydarzenia sceniczne.  
Zaskakujące tempo udanych premier w Teatrze Nowym podnosi bardzo wysoko poprzeczkę dla innych łódzkich scen.

Dada tańczy między słowami, Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 12.03.2009
Mirosław Baran
"Przed południem, przed zmierzchem" formacji Nowy Dada - czyli łódzkiego projektu gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw - w reżyserii Piotra Cieplaka to ciekawa próba przyłapania bohaterów w ich intymnych, prywatnych momentach.
Leszek Bzdyl, lider Dady z Piotrem Cieplakiem, jednym z najciekawszych polskich reżyserów teatralnych, współpracował już wielokrotnie jako autor ruchu scenicznego do jego przedstawień. Powołanie do życia w Teatrze Nowym w Łodzi projektu Nowy Dada pozwoliło stworzyć im wspólne przedstawienie taneczne. W "Przed południem, przed zmierzchem" prócz założycieli Dady von Bzdülöw - czyli Katarzyny Chmielewskiej i Bzdyla - występuje gościnnie Izabela Chlewińska, Jacek Owczarek i Krzysztof Skolimowski.
Rytm przedstawienia wyznacza od początku świetna scenografia Andrzeja Witkowskiego. Na scenie zbudowana została ciasna makieta typowego mieszkania z blokowiska - długi korytarz, salon, sypialnia, kuchnia i łazienka. Plus najważniejsze meble i sprzęty: łóżko, szafa, telewizor, kanapa, kabina prysznicowa i lodówka. To właśnie w tej przestrzeni porusza się piątka bohaterów: żyjących obok siebie, jednak z rzadka się zauważających.
Taniec przeplata się tutaj z typowymi domowymi czynnościami: oglądaniem telewizji, snem, kąpaniem się, podjadaniem jogurtu z lodówki. Klamrę "Przed południem, przed zmierzchem" tworzy efektowna, zagrana w szalonym tempie choreografia, przywodząca w pierwszej chwili na myśl nagrodzony Oskarem eksperymentalny film "Tango" Zgniewa Rybczyńskiego. Widzimy bohaterów spieszących się do wyjścia: szykujących się przed lustrem, ubierających się. Mijają się oni w wąskich pomieszczeniach, nie zauważając się nawzajem. O ile jednak bohaterowie Rybczyńskiego "zapętlają" się w tych samych czynnościach, to w "Przed południem, przed zmierzchem" choreografie z każdym kolejnym powtórzeniem nieznacznie się zmieniają, stanowią zapowiedź kolejnych scen.
Istotą przedstawienia jest przyłapanie bohaterów w ich intymnych, prywatnych momentach - właśnie wtedy, gdy są w domu, nie mają nic szczególnego do zrobienia i w samotności po prostu są sobą: odrzucają teczkę i zaczynają tańczyć czy ze złością uderzają poduszkę. W spektaklu pojawia się wiele momentów zabawnych (niepewny i ciamajdowaty siebie bohater, grany przez Bzdyla, który usiłuje odnaleźć się na prywatce), jednak dominuje poczucie nostalgii, bliżej nieokreślonego sentymentu.
W warstwie formalnej "Przed południem, przed zmierzchem" znacząco różni się od wcześniejszych realizacji gdańskiego teatru tańca, których przekaz budowany był na intelektualnych, literackich skojarzeniach. Piotr Cieplak wyraźnie wniósł swoje doświadczenie reżysera dramatycznego: przedstawienie ma szalenie precyzyjną konstrukcję (choć pozostawia kilka momentów na taneczną improwizację), bohaterowie są zindywidualizowani, wiarygodni psychologicznie.
Nie ma jednak w nowej premierze Dady żadnej spójnej historii czy ważnej tematyki: wielkiej idei, zaangażowania społecznego, walki o jedyną słuszną prawdę. Jest za to wyciągnięcie do rangi kluczowego wydarzenia prostego gestu, uczucia, chwili snu na jawie, które nie mają żadnego znaczenia dla dziejów świata, ale dla bohatera to momenty niezwykle ważne. Choć szalenie ulotne. W tym sensie "Przed południem, przed zmierzchem" czytać można jako artystyczną kontynuację spektaklu "Eden" Dady von Bzdülöw, w który tancerze odrzucili pogoń za "atrakcją", w ruchu szukając przede wszystkim spokoju.

Mówiąc ciałem, Dziennik Teatralny Łódź, 31 marca 2009
Kamila Golik
Poprzez mowę kreujemy świat. Opisujemy naszą rzeczywistość używając słów. Wyrażamy emocję, uczucia, mówimy o smutkach i radościach, planach i nadziejach. Spektakl Piotra Cieplaka "Przed południem przed zmierzchem" pokazuje, że świat bez słów również może istnieć. Obligatoryjny dla tej sztuki ruch kreuje rzeczywistość, ukazując relacje między bohaterami.
Pięć osób żyje w jednym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka i korytarz tworzą przestrzeń życiową dwóch kobiet i trzech mężczyzn. Tapczany, telewizor, lodówka, szafki oraz lustro stanowią umeblowanie, które nie pozostawia aktorom-tancerzom zbyt dużej przestrzeni do ruchu scenicznego. Ci jednak - bardzo precyzyjni - świetnie odnajdują się w zaadoptowanej dla nich przestrzeni.
Trudno w całym przedstawieniu uchwycić jakąś fabułę, zbudowane jest ono raczej z krótkich epizodów ukazujących chwile codzienności. Bohaterów zamkniętych w murach mieszkania, prowadzonych przez muzykę, obserwujemy podczas prostych czynności, takich jak włączanie telewizora, branie prysznica, zmianę odzieży, czy przeglądanie się w lustrze. Żyją obok siebie często się nie zauważając, jednak ich bytowanie w znaczący sposób uzależnione jest od obecności współlokatorów, bo nie można wyjść przez drzwi dopóki ktoś ich nie otworzy. 
Nasi bohaterowie nieprzystosowani do przebywania w towarzystwie, starają się odnaleźć ze sobą kontakt, co jest nie lada wyzwaniem, czasami jednak możemy przyłapać ich w sytuacjach bardziej intymnych. Okazuje się bowiem, że bycie razem może okazać się bardzo przyjemne i dawać dużo radości. Niestety prowadzi również do sytuacji smutnych oraz rozczarowuje. 
W odgrywanych kolejno epizodach dopatrzeć się można pewnej powtarzalności i schematyczności, a czasami jedna scena jest zapowiedzią następnej. Całemu spektaklowi towarzyszy muzyka, która ciągle zmienia swój rytm, tak samo jak życie. Z bardzo szybkiego tempa przechodzi w spowolnienia, które stanowią chwile zamyślenia, bo czasem warto na chwilę zwolnić bieg i zastanowić się nad własną egzystencją.
A wszystko to przedstawione zostało za pomocą uniwersalnego języka, jakim jest mowa ciała. Cieplak wraz z tancerzami offowego Teatru Dada von Bzdülöw stworzyli spektakl, w którym każda, nawet najbardziej błaha czynność, opisywana jest poprzez ruch. Wysiłek, jaki bohaterowie wkładają w przejście tanecznym krokiem przez mieszkanie, czy zastosowanie sekwencji ruchów, aby wyłączyć telewizor, mają zmusić nas do zwrócenia uwagi na sprawy proste, o których nie zdarza nam się myśleć, natomiast taniec z partnerem pokazuje jak piękne może być obcowanie z drugim człowiekiem. 
„Przed południem przed zmierzchem” to sztuka dająca wiele przyjemności. Cudowna muzyka i piękny ruch sceniczny dają godzinną dawkę wzruszeń i uśmiechu i zdecydowanie niezapomnianych wrażeń.

Przed próbą - po premierze, www.reymont.pl, 17.03.2009
Paulina Ilska
Zatrzęsienie premier w łódzkich teatrach. Jedna z najświeższych to "Przed południem, przed zmierzchem". Przedstawienie wyreżyserował Piotr Cieplak, wykorzystując na scenie taneczną formację Nowa Dada. Pod batutą słynnego tancerza Leszka Bzdyla w Nowym pracuje się nad przekuciem umiejętności tanecznych na język teatru. Z coraz większym powodzeniem.
Odnosząc się do źródłosłowu pojęcia "dada" czy raczej dadaizmu, trzeba powiedzieć, że na tym spektaklu nie mają czego szukać osoby lubiące tradycyjne opowiadanie historii. Takich z głównym bohaterem, fabułą oraz morałem. To raczej pewne impresje, lekko montażowy styl, ale raczej spod znaku Wong Kar Waia. Z charakterystyczną dbałością o szczegół obrazu, próbami uchwycenia "momentu", tej jednej, jedynej chwili, kiedy właśnie akurat tak a nie inaczej ułożyły się promienie światła na szybie, kosmyki włosów ukochanej... Postaci krążą w lekko obłędnym rytmie, uświadamiając absurd codziennych czynności. Jak mróweczki wstają, idą do łazienki, otwierają lodówkę, spieszą się do pracy. Spotykają się, a zarazem nie spotykają, trochę jak duchy przenikają przez siebie nawzajem. Jakby nałożono na siebie kilka klatek filmowych z codziennością kilku postaci, które nic o sobie nie wiedzą. A może mijają się na korytarzu i mówią sobie dzień dobry? Spotykają się jednak w końcu na wspólnej imprezie, wyjątkowo udatnie przedstawionej. To naprawdę zabawne, jak świetni tancerze udają, że żenująco tańczą. A najśmiejszniej jest, jak udaje to sam Leszek Bzdyl. Podobnie jak próbuje nas przekonać, że pozbawiony jest jakiegokolwiek charme, i po imprezowym rozdaniu damsko-męskim to on zastaje nadprogramowym męskim trutniem. Zresztą taneczna inwencja w przedstawianiu aktów seksualnych na kilkanaście różnych sposobów mogłaby stanowić instruktaż dla wielu innych reżyserów, posługujących się w tej kwestii albo wyciemnieniem, albo postbrutalizmem. Wszystko wskazuje na to, że Teatr Nowy staje się miejscem może nie epokowych, ale ciekawych poszukiwań. Można chyba powoli mówić o kształtowaniu się pewnego charakterystycznego sposobu wyrazu. Podobny, impresyjny sposób przemawiania do widza dało się zauważyć w "Słońcu w kuchni" Brzozowskiego. Eksperymentalną, z punktu widzenia tradycyjnego pojmowania tańca, formę, miała też "Ofelia" Izabeli Chlewińskiej, aktorki biorącej też udział w pozostałych wymienionych spektaklach.

Indywidualny rytm, Nowa Siła Krytyczna, 13.03.2009
Marta Olejniczak
Spektakl jest wypowiedzią na temat dwuznaczności choćby najbardziej banalnych sytuacji i odnajdywaniem pomiędzy nimi indywidualnego rytmu - o "Przed południem, przed zmierzchem" w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Nowym w Łodzi pisze Marta Olejniczak z Nowej Siły Krytycznej.
Po współpracy Piotra Cieplaka z Leszkiem Bzdylem oczekiwano fuzji smaków, która byłaby połączeniem ustanawianej zawsze w szczególny sposób przez Cieplaka teatralności, jak choćby w "Słomkowym kapeluszu" czy "Utworze sentymentalnym na czterech aktorów", z dużą porcją tańca w wykonaniu grupy Dada von Bzdülöw, której Teatr Nowy w Łodzi zaproponował korzystniejsze warunki pracy niż "rodzinny" Gdańsk. W wyniku współpracy powstał spektakl "Przed południem, przed zmierzchem".
Przez ponad godzinę widz obserwuje małe mieszkanie ze zwykłym oknem, lampką i doniczkową palemką-miniaturką. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie metalowa konstrukcja zaznaczająca architekturę przestrzeni, która jak w "Dogville" Larsa von Triera zawiera w sobie jedynie linie, umownie wyznaczające ramy pokoi, w które można włożyć przenikające się, podobnie jak ściany dekoracji (Andrzej Witkowski), obrazy.
Tworzy je pięcioro tancerzy. Kolejne sceny spektaklu przypominają sekwencje z "Tanga" Rybczyńskiego. Leszek Bzdyl wrzuca kapelusz na głowę, wykonuje kilka energicznych ruchów przed lustrem. Po wykonaniu trzech kroków w lewo otwiera drzwi, szybkim susem przeskakuje przez łóżko, by za chwilę wyskoczyć w górę i usiąść na lodówce. W tym samym czasie, Izabela Chlewińska wyciąga kolejną parę ubrań, kilkoma obrotami ląduje pod prysznicem, wychodzi przez okno. Katarzyna Chmielewska biega po domu na "czterech łapach". Otwiera i za moment trzaska drzwiami lodówki, wykonuje taniec la twist na chodniku. Jacek Owczarek w garniturku przewraca się na tapczanie, a Krzysztof Skolimowski w codziennym rytuale znajduje chwilę na lekcje karate przed telewizorem.
Poprzez powtarzalność działań wytwarza się cała mechanika ruchu, która wymierzona jest na kroki: dwa w lewo, by ominąć stolik, jeden do przodu a podniesiesz teczkę, raz, dwa, trzy, obrót z kubkiem kawy, itd. Tak powstaje cała "choreografia codzienności", która łatwo odsłania interpretację spektaklu. Szybkie tempo współczesnego świata wyznacza sposób funkcjonowania człowieka, w którego samotnej twarzy odbijają się migawki obrazów szklanego ekranu. W przecinających się liniach układów choreograficznych łatwo odnajdujemy kryzys relacji międzyludzkich. Ocieramy się o banał. Luźno tkane na scenie myśli i sposób konstruowania ruchu nie proponują widzowi niczego odkrywczego w materii języka teatralnego ani sposobie mówienia poprzez spektakl o świecie. Wiem, że część publiczności, która zna spektakle Piotra Cieplaka i Dady von Bzdülöw, czuła się tego wieczoru artystyczną fuzją trochę rozczarowana. Liczyła na gorzki posmak spektaklu lub chociaż taki, który pozwoli się nad nim zatrzymać dłużej niż znikający po nim uśmiech z twarzy, wynikający z przyjemności oglądania.
Jestem jednak przekonana, że odsłania on nie tylko paletę epizodów, które przydarzają się nam przed południem lub przed zmierzchem. Spektakl jest wypowiedzią na temat dwuznaczności choćby najbardziej banalnych sytuacji i odnajdywaniem pomiędzy nimi indywidualnego rytmu. Pokazuje, jak słyszeć utwór sentymentalny na pięciu tancerzy, symfonie na skrzypiące drzwi. Pyta, czy można odnaleźć przyjemność w nurkowaniu dłonią w worku z ziarnem jak "Amelia" Jeuneta, przyjmować z uśmiechem twarz w lustrze i wywrotkę na chodniku oraz odnaleźć brakujący dźwięk i dokończenie swojego ruch w działaniu drugiego człowieka. Jesteśmy już tylko krok od esencji dialogu.

Poszukiwania w Teatrze Nowym, Express Ilustrowany nr 57 09.03.2009
Renata Sas
"Teatr uczy odwagi" - uważa Piotr Cieplak - jeden z najbardziej intrygujących reżyserów; zmieniając zespoły odważnie sięga po wszystko, co tylko scena gotowa jest unieść.
Inscenizuje klasykę od "Wesołych kumoszek z Windsoru" i "Słomkowego kapelusza" poczynając, nie unika tematów niebezpiecznych, w razie wpadki grożących anatemą jak "Narty Ojca Świętego". Ryzykuje też autorskie przedstawienia bez słów, że wspomnę "Utwór sentymentalny na czterech aktorów". Poszukiwacz oraz badacz możliwości teatru kolejny krok zrobił w Łodzi. Tytuł spektaklu proponowanego w Teatrze Nowym na Małej Sali, brzmi jak fragment wiersza: "Przed południem, przed zmierzchem", a jest o tym, co mogło zostać między słowami.
To wspólna praca Cieplaka (reżyseria) i w warstwie choreograficznej piątki wykonawców z grupy Nowy Dada, czyli działającej równolegle w Gdańsku i od tego sezonu w Łodzi, formacji tanecznej Dada von Bzdülöw kierowanej przez Leszka Bzdyla. Pojechali na Mazury i formowali spektakl.
Powstało 70 minut sygnałów zaświadczających o tym, co mogło mieć miejsce w międzyczasie. O tym co się dzieje, zanim coś zacznie się dziać, czyli misterium o niczym, co tak naprawdę jest jednak czymś - o przyciskaniu klamki, zakładaniu butów i otwieraniu lodówki, albo siadaniu na wersalce czy ocieraniu się o palmę zajmującą sporą część pokoju.
Metalowe ramy zaznaczają kształt pomieszczeń w jakimś M zaludnionym przez osoby żyjące osobno, a jednak razem. Precyzyjne przemarsze i gesty, mniej i bardziej przypadkowe otarcie się o siebie wyznaczają rytm. Tu nie opowiada się historii - sąsiad z sąsiadką się nie zwiąże, choć tak naprawdę można by się spierać czy w ogóle chodzi o lokatorów wielu mieszkań, czy jednego przeludnionego...
Nieustający ruch, precyzyjne krążenie po codzienności - znów ubieranie się i rozbieranie, upadek z kanapy, udawanie, że wiertarka to karabin maszynowy.
Wykonawcy: Leszek Bzdyl oraz Izabela Chlewińska, Katarzyna Chmielewska, Jacek Owczarek, Krzysztof Skolimowski orbitują w takt muzyki. I ona jest najwymowniejszą częścią tego scenicznego projektu. Na żywo gra SzaZa, czyli duet Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki (od 10 lat uczestniczący w Warszawie w niezależnych działaniach w sztuce), klarnet, skrzypce, zwielokrotnione dźwięki, improwizacje.
- Idziemy do teatru, żeby dostrzec jak wielobarwny i złożony jest świat - mówił Piotr Cieplak w jednym z wywiadów. I stara się dowieść, że tak jest. Trzeba mu tylko uwierzyć. Mnie się nie udało.

Cieplak i Bzdyl wiosennego wieczoru przed zmierzchem
www.teatralia.com.pl 29.04.2009
Sandra Kmieciak

Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób sięgacie po coś do lodówki, jakie gesty wykonujecie, rozmawiając przez telefon, oglądając telewizję, czy szykując się rano do pracy? Jeśli nie, to zapraszam do łódzkiego Teatru Nowego, gdzie w spektaklu "Przed południem przed zmierzchem", zrobili to za was - Piotr Cieplak i Leszek Bzdyl. Analizując codzienne ruchy, gesty i zachowania człowieka, a następnie przekładając je na taniec, naśladując, wyolbrzymiając, multiplikując, twórcy przedstawienia osiągnęli bardzo interesujący efekt.
Przenieśmy się do kilku mieszkań na jednym piętrze jakiegoś budynku. Małe pokoiki, kuchnia, łazienka. Wszystkie urządzone w stylu lat sześćdziesiątych. Krząta się po nich piątka mieszkańców: dwie kobiety i trzech mężczyzn. Wybierają się do pracy, piją kawę, szukają teczki, oglądają telewizję, biorą prysznic, przebierają się, udają Indian, urządzają imprezę. Zdarzają się między nimi romanse, zdrady, chwile osamotnienia lub natarczywej obecności drugiej osoby. Można by powiedzieć: ot, życie, nic nadzwyczajnego. I nie byłoby to kłamstwo, bo gdyby próbować opowiedzieć warstwę fabularną spektaklu "Przed południem przed zmierzchem", to nie byłaby to ciekawa historia. Byłoby to pokrótce streszczenie także naszego zwykłego, szarego dnia. Na szczęście spektakl został przygotowany przez dwóch wybitnych twórców, którzy nie pozwolili, aby widzowie nudzili się podczas trwającego zaledwie godzinę przedstawienia. Reżyser Piotr Cieplak oraz choreograf Leszek Bzdyl wraz z zespołem Nowy Dada stworzyli spektakl bez słów, mimo tego naładowany emocjami i pełen ekspresji, która płynie z ciał i ruchów tancerzy.
Przyznam szczerze, że taniec współczesny był dla mnie zawsze dość niepojęty. Bo przecież każdy jakby się postarał, to by tak potrafił... Jednak obserwując grupę Bzdyla, uświadomiłam sobie, że sama umiejętność naśladowania ruchów tancerzy może nie jest skomplikowana, ułożenie choreografii też byłoby dziecinnie proste, ale cóż z tego, jeśli nie miałoby to żadnego wyrazu, było jedynie rzucaniem się po podłodze, po łóżku, stawaniem na rękach, bieganiem w lewo i w prawo. Sztuka polega na tym, aby nawet banalną czynność, jaką jest sięganie do lodówki, uczynić niezwykłą, może nawet piękną. Niełatwe zadanie udało się tancerzom Nowego Dada. Pokazali to, co na codzień jest niedostrzegalne, przezroczyste, na co nie zwracamy uwagi, ponieważ jest jedynie nieznaczącym środkiem do przyziemnego celu. Trudno inaczej nazwać czynność sięgania po słuchawkę telefonu czy opadania na kanapę podczas nudnego filmu, po męczącym dniu.
Choreografia ułożona została do bardzo dobrej muzyki w wykonaniu Patryka Zakrockiego i Pawła Szamburskiego, którzy współpracowali już z Piotrem Cieplakiem przy "Utworze sentymentalnym na czterech aktorów". Ponieważ spektakle łączy postać reżysera, muzyków oraz to, że w żadnym nie pada choćby jedno słowo, obawiałam się, że mogą być do siebie uderzająco podobne. Na szczęście moje obawy nie potwierdziły się. Podczas gdy "Utwór sentymentalny..." jest ciepłą historią, pełną uroku, wywołującą dyskretny uśmiech widzów, to "Przed południem przed zmierzchem" jest przedstawieniem chłodnym, skupionym na sobie, próbującym skłonić widzów do głębszej analizy przedstawionych w nim problemów. Próbującym, bowiem nie jestem przekonana, na ile owe próby są skuteczne i czy mimo filozoficznej otoczki ("zacznijcie przeżywać świadomie swoje życie, przyglądajcie się sobie, nie bądźcie biernymi uczestnikami swoich własnych dni") spektakl nie jest jednak (jedynie?) miłą, godzinną rozrywką przed zmierzchem. Ale nawet gdyby tak było, czy to źle?