Opus Pessimum
Gdańska Korporacja Tańca, Polska – Dziennik Bałtycki, 28.08.2008
Tadeusz Skutnik
Całkowicie natomiast tkwi w nurcie rozdarć Leszek Bzdyl. Powiedziałbym więcej: solowym występem zatytułowanym "Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz" stworzył niejako nowy gatunek - taniec publicystyczny.
Poczynając od wizytówki swego programu, w kształcie nekrologu, przez parodie dziękczynienia urzędnikom różnych szczebli za to, że dzięki ich stypendiom, nagrodom, subwencjom itp. artysta Bzdyl stał się tym, kim jest, przez taneczne jaja, po szydercze wizualizacje (za które jednak odpowiedzialność bierze chyba Jacek Staniszewski).
Wszystko to, plus niewymienione, stanowi wysokoenergetyczne paliwo, przy którego pomocy Leszek Bzdyl odpalił swoją rakietę, wymierzoną chyba jednak w urzędników kultury. Aż tak dopiekli, że musiał odpalić? Nawet jeśli namalował na niej: "Opus pessimum" tj. dzieło najlichsze, czy warto było poświęcać je finansom? Chyba żeby to przedsięwzięcie tłumaczyć tym sposobem, że "Teatr Dada, opowiadając o pewnym ludzkim doświadczeniu, próbuje to doświadczenie przerabiać w historię, którą należy zapomnieć, zniwelować, unicestwić". A, to wtedy tak.
Nigdy nie mów, że mnie kochasz... urzędniku! www.trojmiasto.pl, 27 sierpnia 2008
Justyna Świerczyńska
To, że państwo musi wspierać kulturę, nie budzi wątpliwości. Konsekwencje w prywatyzowaniu sztuki zawsze bowiem prowadzą do jednego, jej nieuchronnej degradacji w kierunku gustów i potrzeb publiczności masowej. Tam gdzie idzie o zysk, kulturę zastępuje rozrywka i na szczęście powoli zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę.
Najnowszy projekt Leszka Bzdyla to kolejny głos podejmujący temat zależności kultury i władzy i jest to chyba jego największa zaleta. Spektakl otwiera obrazek rodem z amerykańskiego teledysku: na scenie artysta ubrany w zgrzebny garnitur i błyszczący kapelusz wykonuje dyskotekowe podrygi rodem z popularnych programów tanecznych.
Po zakończeniu "występu" podchodzi do mikrofonu, by złożyć gorące podziękowanie prezydentowi Gdyni i Gdańska oraz marszałkowi za liczne nagrody artystyczne i teatralne, jakie otrzymał w swojej 20-letniej karierze teatralnej.
Cięcie. I kolejny występ. Tym razem imponujący popis baletowy. Taniec klasyczny jako rozrywkowy przerywnik? Czemu nie? W powodzi podziękowań, wzruszeń, a nawet modlitwy dziękczynnej za to, jak dobrze jest być artystą we współczesnym świecie, jedna refleksja nasuwa się automatycznie - jak dobrze jednak nim nie być...
Rozmowa z Leszkiem Bzdylem o jego jego stosunku do urzędników odpowiedzialnych za kulturę w Trójmieście i poza nim. (Alicja Mańkowska) – www.trójmiasto.pl 27.08.2008
- Znany jesteś ze swojego radykalizmu wobec polityki, szczególnie kulturalnej, w Polsce. Jaki powinien być twoim zdaniem teatr polityczny? Jakie cele powinien sobie wyznaczać?
- Rozmaicie można myśleć o teatrze politycznym (teatr jako interwencja, jako bunt, jako relacja). Często pod tą nazwą kryje się wyłącznie kalka informacji medialnych. W efekcie wypowiedzi polityczne w polskim teatrze sprowadzają się do kabaretu figur wydobytych z brukowców. Mnie interesuje teatr polityczny, w którym głównym motorem jest energia wolności. Taki spektakl staraliśmy się zrobić realizując "Barykady miłości". "Opus pessimum" jest projektem solowym, w którym trudniej jest wydobyć tak duży ładunek witalności, jest za to dużo odważniejszy i dużo bardziej narażający mnie.
- Sytuacjoniści i rewolta majowa 1968, była efektem pewnej frustracji wynikającej z trudnej sytuacji kulturalno-politycznej. Czy współczesna diagnoza stanu kultury na Pomorzu jest, twoim zdaniem, tak samo zła?
- Dla mnie jest to pewne apogeum, które narasta od niemal dwóch lat, od roku natomiast jest to umękliwe wypowiadanie się "po kątach", bo nie ma nawet z kim rozmawiać. Nie ma porozumienia na linii artysta-władza, więc stworzyłem "Opus Pessimum" jako wypowiedz na temat opłakanego stanu kultury. Jest to komunikat nie tyle do władz, co do publiczności, która wydaje się nieświadoma absurdu, w jakim muszą funkcjonować artyści.
- Na czym polega ten absurd?
Mamy w Trójmieście kilka instytucji kultury. Jest ich niewiele, jak na miasta aspirujące do miana metropolii. Na domiar złego instytucje te nie potrafią, lub nie chcą, ze sobą współpracować. Jeśli prezydenci trzech miast oraz podlegające im instytucje walczą ze sobą, prowadzą chorą rywalizację, to tracą na tym wszyscy. Nie ma przyszłościowego myślenia o rozwoju kultury. Za grube pieniądze sprowadza się gwiazdy na festiwale, nie inwestując w rozwój rodzimej sztuki. Absurd polega na tym, że nie ma z kim rozmawiać, a artyści zmuszeni są uczestniczyć w strategii przetrwania - od grantu, do grantu - bez jasnej wizji przyszłości.
- Czy widzisz jakieś rozwiązanie tej sytuacji?
Państwo, zamiast trwonić pieniądze na granty i stypendia, mogłoby powołać instytucję, gdzie pracowałoby kilku menedżerów zajmujących się pozyskiwaniem funduszy z zewnątrz. Jeśli nie ma możliwości zbudowania nowego miejsca, to można postarać się lekko zreformować istniejące instytucje. Sytuacja obecna jest tragiczna. Jest to powolne wykańczanie artystów, przy jednoczesnym braku kształtowania nowych pokoleń. Kto tu za kilka lat zostanie? Kto będzie tworzył? Ilu artystów już wyjechało? Nie mówię tylko o tancerzach, mam na myśli muzyków, plastyków, naukowców. Ci ludzie wyjeżdżają, bo tu nie mają szans rozwoju, lub wręcz szans na przetrwanie.
- Która z istniejących instytucji mogłaby podjąć współpracę z tancerzami niezależnymi?
- Mogłaby to być Opera, ale musi stać się to dla niej w jakiś sposób atrakcyjne. Istnieje Żak, który nadaje się do tego najlepiej. Niestety dyrektor tej instytucji powiedziała mi wyraźnie, przy kolejnej próbie porozumienia, iż taniec nie będzie priorytetem dla Żaka. To mnie zastanawia, bo początkowo Magda Renk z wielkim entuzjazmem zaprosiła nas do siebie. Było to po nagrodzie miasta, w sytuacji gdy wnosiliśmy do klubu dodatkowe pieniądze i przyprowadzaliśmy ze sobą publiczność, która towarzyszyła nam jeszcze od czasów Bałtyckiego Uniwersytetu Tańca. To oznacza, że jest jakiś potężny błąd w systemie.
- Czy domyślasz się na czym może ten błąd polegać?
- Polega on na tym, iż wszystko w polityce dzieje się bezimiennie. Nie ma odpowiedzialności osobistej, jest odpowiedzialność partyjna, a ta oznacza bezkarność urzędników i możliwość nadużyć. Czy ktoś zna z imienia i nazwiska osoby przyznające stanowiska i stypendia? Wiadomo, że jest jakaś komisja, ale czy jej członkowie kiedykolwiek się objawili? Błąd systemu polega na anonimowości i na tym, że nie ma kogo rozliczać.
- Co w takiej sytuacji mogą zrobić artyści?
- Chciałbym, by doszło do spotkania w gronie artystów. By artyści głośno wypowiedzieli się na temat sytuacji, w jakiej przyszło im żyć. Niestety, sytuacja każe im walczyć o przetrwanie, wobec czego nie maja oni siły i czasu na to, by podnieść głos. Może brak im też odwagi, gdyż gra polityczna jest przeciągana miedzy nigdy nie zrealizowaną nadzieją, że coś się zmieni na lepsze, a groźbą że może być jeszcze gorzej. Odwagę miał Paweł Demirski i może dlatego go tu nie ma. Miał też Jacek Staniszewski, który swoim nonkonformistycznym stylem bycia i życia pokazał, że artysta w pewnym momencie musi mieć odwagę oddać swój głos. W Polsce niestety urzędnik wciąż dzierży władzę, a nie jest partnerem do rozmów z artystami. Nigdy nie chciałem łatwych pieniędzy, ale nie spodziewałem się, że mogą one być tak trudne.
Julia Hoczyk, Taniec całodobowo, Scena nr 3 (53) 2008
Najbardziej oczekiwanym spektaklem festiwalu było premierowe solo Leszka Bzdyla Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz. Jak się okazało - nie bez powodu, skoro twórca mierzy się w nim wprost i bez ogródek z ignorancją władzy wobec sztuki tańca i jej artystów, czego sam doświadczał wiele razy. Na początku w rytm przeboju dyskotekowego tańczy człowiek w czarnym, połyskującym meloniku na głowie. Odwrócony tyłem do publiczności jest szybki, zwinny, a występ nabiera charakteru popisu. Po tym nietypowym wstępie następuje apostrofa: pozornie skierowana do widowni, lecz stopniowo wyłania się inny adresat - władze Trójmiasta i województwa pomorskiego. Bzdyl wyraża im wdzięczność za lata wsparcia i kolejnych nagród oraz stypendiów. Kto zna rzeczywistość polskiego tańca i ponad 15-letnią drogę twórczą Dady von Bzdülöw, natychmiast rozpoznaje umiejętnie zawoalowaną ironię, wymierzoną w tych, którzy przez lata nie stworzyli spójnego systemu pomocy artystom tańca, uznając za wystarczające niewielkie granty, które nie są w stanie zapewnić ciągłości funkcjonowania, a niekiedy nie wystarczają nawet na przygotowanie kilkuosobowego spektaklu.
To właśnie im Bzdyl dedykuje kolejny występ: sekwencję baletową, wykonaną przodem do publiczności. Jak na klasykę przystało, odsłania łydki: ubrane jednak nie w neutralne rajtuzy, lecz kolorowe podkolanówki w paski. Scena ta, podobnie jak kolejne, jest znakomitym pastiszem tych technik i konwencji, które mogą liczyć na większe wsparcie władz oraz widowni: z jednej strony jest to więc sztuka wysoka, czyli balet klasyczny, zaś z drugiej komercyjne style i widowiska (jak dowiedziałam się później, artysta uległ wówczas kontuzji, dlatego rys ironiczny, wynikający z niepełnej dyspozycji, zaznaczał się tu silniej, niż w czasie kolejnego pokazu, w Gdańsku, który wybrzmiał zapewne inaczej i dobitniej, także ze względu na miejsce). Niebawem Bzdyl przeobraża się w tancerza estradowego, wykonującego prześmiewcze porywającą sekwencję z akompaniamentem przeboju grupy Queen Freedom. Kolejny numer, utrzymany w konwencji klasycznego amerykańskiego musicalu, zaadresowany zostaje do „armii bezimiennych urzędników państwowych" (Bzdyl perfekcyjnie bawi się tutaj słowami, ich brzmieniem i intonacją, nietypowo i myląco stosując pauzy, np. po słowie „armii", nadając nowe znaczenia, przesuwając akcenty).
Artysta grając z różnymi konwencjami tańca, pokazuje, że gdyby chciał, znakomicie odnalazłby się w każdym stylu i każdej technice. Dystansuje się jednak wobec ich oczywistości programowej, wyzutej z treści i emocji maestrii oraz pustki budzącej powszechny poklask. Taniec współczesny, tworzący z teatrem unikalną całość, jest bardziej wymagający, lecz zapewnia większą wolność artystycznej wypowiedzi. Mądrej i inteligentnej, skierowanej nie tylko do zmysłu estetycznego, lecz i umysłu widzów. Intelekt i znakomity warsztat, czerpiący z wielu źródeł, nie są jednak w cenie, to się dziś „nie sprzedaje".
Zwieńczeniem spektaklu staje się modlitwa. Tancerz siada teraz z boku sceny i wykonuje spokojny, transowy, jakby medytacyjny taniec. Nie biorąc już pod uwagę widzów, może - wyczerpany poprzednimi popisami skupić się tylko na sobie. Publiczność dzieli uwagę między wykonawcę a przejmujące projekcje, na których początek ministerialnej ustawy o przyznawaniu stypendiów młodym twórcom kultury przenika się z różnej wielkości kwotami i dwoma szkieletami na klęczkach, pomiędzy którymi widać charakterystyczną pętlę samobójcy. Projekcje są dynamiczne, zmienne, pojawia się wiele obrazów, których zestawienia tworzą nowe, zaskakujące znaczenia, a każdy z widzów wyłuskuje z nich swoją collagebwą opowieść. Tak kończy się przedstawienie: spokojną „medytacją" tancerza skontrastowaną z gonitwą budzących grozę obrazów, zostawiając widza z nieprzyjemnym doznaniem, na którego dnie drzemie smutek i obawa o dalsze losy jego twórcy i grupy. Bardzo gorzki to spektakl, a jego humor i komizm przesycone są czarną goryczą, więc stopniowo śmiech zamiera na ustach. Może to niezbędny dla twórcy akt oczyszczenia, a dalej może być już tylko lepiej?
Nasz świetny taniec, Gazeta Wyborcza – Trójmiasto, 1.09.2008
Mirosław Baran
Najważniejszym - choć trzeba przyznać, że nie z powodów artystycznych - przedstawieniem imprezy okazała się premiera solowego spektaklu Leszka Bzdyla z Teatru Dada von Bzdülöw. Jego "Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz" to miejscami (auto)ironiczny, miejscami gorzki komentarz artysty do polityki kulturalnej władz Trójmiasta; władz, które nie zapewniły od kilkunastu lat regularnego wsparcia dla teatrów tańca. Fragmenty taneczne w "Opus pessimum" to pastisze klasycznego baletu, choreograficznych popisów gwiazdek muzyki pop czy dyskotekowego tańca z lat 70-tych. Jednak ważniejsze w przedstawieniu jest to, co Leszek Bzdyl mówi. A mówi sporo. Parodiując przemowy polityków, dziękuje władzom Gdyni, Gdańska i województwa za nagrody artystyczne. "Oni wszyscy, z troską godną standardów europejskiego państwa dbają o wolność twórczą" - dodaje. "Opus pessimum" nie jest jednak otwartym atakiem, to raczej wypowiedź artysty zmęczonego ciągłymi, do niczego nie prowadzącymi rozmowami i pustymi gestami (chociażby w postaci nagród) nie prowadzącymi do poważnych rozwiązań. Takich, jak chociażby stworzenie sceny przeznaczonej wyłącznie dla trójmiejskich tancerzy.
Taneczny apel do włodarzy, Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 27.08.2008
Mirosław Baran
Przedstawienie "Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz" - najnowsze solo Leszka Bzdyla z Teatru Dada von Bzdülöw - trudno oceniać w kategoriach artystycznych. Jest to przede wszystkim podszyty gorzką ironią apel tancerza o odrobinę zainteresowania ze strony władz
Konstrukcja przedstawienia jest prosta. Pastiszowe fragmenty taneczne przeplatane są wypowiedziami Bzdyla do mikrofonu. Całość zaczyna się przezabawnie: tancerz - ubrany w błyszczący kapelusz, szarą marynarkę i czerwone spodnie - parodiuje popisy choreograficzne a la Michael Jackson czy Justin Timberlake w rytm dyskotekowego utworu z refrenem "So remember, boy, you're superstar!". Potem jest już tylko coraz smutniej. Bzdyl, parodiując przemowy polityków, dziękuje władzom Gdyni, Gdańska i województwa za nagrody artystyczne. "Oni wszyscy, z troską godną standardów europejskiego państwa, dbają o wolność twórczą" - mówi. I zaczyna tańczyć, najpierw parodiuje balet klasyczny (jedyną formę tańca konsekwentnie wysokimi sumami dofinansowywaną przez władze), później porusza się w rytm dyskotekowych brzmień "Freedom" oraz jazzującego utworu.
Najostrzejszym fragmentem spektaklu była projekcja wideo przygotowana przez Jacka Staniszewskiego. Na ogromnym ekranie zobaczyliśmy ciąg zmieniających się obrazów, m.in. fragmenty umów o przyznanie stypendium, klęczące w błagalnej pozie kościotrupy, zwitki banknotów czy rysunek dłoni ułożonej w gest uważany za obraźliwy, a znaczący - delikatnie mówiąc - "odczep się". Na te obrazy nakładany był, powracający niby refren, herb urzędu marszałka woj. pomorskiego.
Całe przedstawienie nie było jednak agresywne czy obraźliwe dla kogokolwiek. Jest to autoironiczna wypowiedź artysty docenianego wszędzie, poza miejscem, gdzie żyje i tworzy (nie przypadkiem Dada von Bzdülöw nad premierą "Faktor T" pracowała w Filadelfii i Poznaniu). O tym, że jest ona trafna, świadczą owacje - najgłośniejsze brawa usłyszeć można było ze strony innych tancerzy usadzonych na żakowskiej antresoli. Leszek Bzdyl w spektaklu nie wymienia żadnych nazwisk. Używa jednak funkcji, więc łatwo zidentyfikować adresatów jego wypowiedzi. Panie marszałku Janie Kozłowski: warto pomyśleć o kilkudziesięciu świetnych artystach częściej niż dwa razy w roku - w Międzynarodowy Dzień Teatru oraz w momencie wręczania stypendiów. Są to profesjonalni twórcy, którzy świadomie wybrali Pomorze jako miejsce swojej pracy. A bez problemu mogliby tworzyć gdziekolwiek indziej, w Polsce czy za granicą. Zresztą część z nich już wyjechała. Panie prezydencie Pawle Adamowiczu: wiemy, że dla Gdańska priorytetem w dziedzinie kultury jest bursztyn. Jednak jego bryły wyglądały równie efektownie setki lat temu i za setki lat wyglądać będą także świetnie. A powstała kilkanaście lat temu w naszym mieście scena teatru tańca to cenne zjawisko artystyczne, wyjątkowe w skali kraju, które bez wsparcia może przestać istnieć w ciągu kilkunastu miesięcy.
Miasto Gdańsk przeznacza na działalność teatrów tańca sumę trudną do określenia: składa się na nią w tym roku rezydencja w klubie Żak dla Katarzyny Chmielewskiej z Teatru Dada von Bzdülöw (10 tys. zł), stypendia twórcze oraz koszty eksploatacji sali w Żaku, w której odbywają się próby. Wszystkie grupy mogą łącznie liczyć na sumę około 20 tys. zł w ramach stypendiów artystycznych marszałka - na realizację spektakli. Nie na rozwój, próby, szkolenie młodzieży, ale na konkretny cel: gotowy "produkt" artystyczny. Łatwo zatem przeliczyć, że samorządy wspierają scenę taneczną kwotą w granicach 50 tys. zł rocznie. Przeciętna premiera w teatrze dramatycznym kosztuje przynajmniej 100 tys. zł. I to nie licząc - wliczonych w koszta stałe działalności teatru - sali do prób oraz etatów aktorów. Kilkudziesięciu profesjonalnych twórców, realizujących w roku około dziesięciu premier, może liczyć na roczne wsparcie na poziomie połowy jednej teatralnej premiery. A te kilkadziesiąt tysięcy rocznie to suma stukrotnie mniejsza, niż Urząd Marszałkowski łoży co roku na utrzymanie Teatru Wybrzeże (a ten otrzymuje jeszcze dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego).
Trójmiejscy tancerze naprawdę nie mają ogromnych potrzeb. Podstawą jest scena, która przeznaczona byłaby wyłącznie dla nich; na niej mogliby ćwiczyć i grać spektakle. Drugą sprawą jest zatrudnienie kompetentnych osób, które pomogłyby im w pozyskiwaniu sponsorów, organizacji występów gościnnych, promocji ich pracy (a tym samym - regionu). Bo oni sami menedżerami nie są. I pomoc księgowej. Bo na tym też się nie znają.
Panie marszałku? Panie prezydencie?
Listy do redakcji. Apel do artystów, Gazeta Wyborcza – Trójmiasto, 01.09.2008
Władysław Zawistowski
Od kilku lat powtarzamy podobny rytuał. Spotykamy się (nie tylko z Leszkiem Bzdylem), rozmawiamy o nowych projektach i o tym, jakie są możliwości ich wsparcia finansowego ze strony urzędowej. Oczywiście wymaga to zainteresowania obu stron, zaś środowisko artystów teatru tańca nie zawsze to zainteresowanie wykazuje. W odpowiedzi na apel do włodarzy, apeluję do artystów: dajcie nam szansę, kupcie los (sprzedając trochę swej wolności). Bowiem wbrew temu, o co w podtytule spektaklu prosi Leszek Bzdyl - nie przestaniemy tak łatwo go kochać - na artykuł Mirosława Barana "Apel do włodarzy", odpowiada Władysław Zawistowski dyrektor Departamentu Kultury i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego.
«Odrobina zainteresowania - o którą nawołuje redaktor Mirosław Baran w artykule "Apel do włodarzy" (Gazeta Trójmiasto 28 sierpnia 2008) - z natury rzeczy powinna być obustronna. Nie tylko przywoływanych w artykule, w ślad za spektaklem Leszka Bzdyla, władz województwa i miasta, ale także samych artystów.
Nie miejsce tu na udowadnianie, że twórczość Leszka Bzdyla znana jest i ceniona od wielu lat, nie tylko przez włodarzy, ale i przez skromnych urzędników zatrudnianych także po to, by wspierać artystów, wskazywać im ścieżki i pomagać w tym, na czym się nie znają. Dotyczy to zresztą nie tylko Leszka Bzdyla, ale również całej grupy artystów reprezentujących to, co umownie określamy jako "teatr tańca", zjawisko cenne i w jakiś szczęśliwy sposób charakterystyczne dla naszego miasta i regionu, choć porównywanie go z bursztynem wydaje się dość tanim chwytem.
Leszek Bzdyl wybrał wolność artysty niezależnego i wybór ten należy uszanować. Nie chce włączać się w nurt życia instytucjonalnego, sam - ze wszystkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy - decyduje o tym, kiedy i komu pokaże swą nową produkcję. Sam również - do pewnego stopnia - decyduje o tym, kto może taką produkcję wesprzeć. Albo mówiąc inaczej - komu Leszek Bzdyl da szansę, by taką produkcję wesprzeć. Bo nie każdy może na takie "wyróżnienie" liczyć. Od kilku lat powtarzamy podobny rytuał. Spotykamy się (nie tylko z Leszkiem Bzdylem), rozmawiamy o nowych projektach i o tym, jakie są możliwości ich wsparcia finansowego ze strony urzędowej. A jest ich kilka. Można podjąć współpracę z którąś z istniejących instytucji kulturalnych (Państwowa Opera Bałtycka, Teatr Muzyczny, NCK, Żak) i w niej realizować swoje projekty. Oczywiście wymaga to zainteresowania obu stron, zaś środowisko artystów teatru tańca nie zawsze to zainteresowanie wykazuje.
Można poprzez stowarzyszenie wystartować w konkursie grantowym. Można wystąpić o stypendium Marszałka Województwa na realizację konkretnego projektu. Jedyne ograniczenia dla tych możliwości to konieczność działania z pewnym wyprzedzeniem czasowym i konieczność rozliczenia projektów (o realistycznych budżetach!). Chyba nie są to wielkie wymagania?
Można wreszcie pokusić się o stworzenie nowej instytucji kultury poświęconej teatrowi tańca. (Teoretycznie, gdyż podejmowane dotąd próby spełzły na niczym). Wymaga to przygotowania kompleksowej propozycji programowej i współdziałania przynajmniej znaczącej części środowiska. Bo przecież to nie urzędnicy opracowują programy artystyczne (i nie dla jednego artysty). Na tym się nie znają. Jednak wiedzą, że każde działanie w sferze kultury powinno być dziś niczym układanka, na którą składają się: ludzie (którzy kreują nowe dzieło), miejsce (by móc ćwiczyć i się pokazywać), fundusze (by w miarę spokojnie przygotować premierę), i znowu ludzie (którzy na dzieło to czekają).
W tej układance, obawiam się, brakuje przede wszystkim ludzi - zarówno liderów środowiska, którzy potrafią poprowadzić projekt od początku do końca, jak i potencjalnych widzów, którzy zapełnią stałą (nie okazjonalną, czy odświętną) widownię. Dotychczasowe doświadczenia są w tym względzie pouczające: nowy spektakl teatru tańca może w naszej metropolii zostać powtórzony 3-5 razy dla łącznie kilkuset widzów. Czy to wystarczy, by powoływać instytucjonalny teatr tańca ze wszystkimi ustawowymi konsekwencjami (etatyzacja, podległość regułom prawa pracy, nie mówiąc o dyscyplinie budżetowej i setkach szczegółowych przepisów)? Przecież właśnie od tych rygorów tacy artyści jak Leszek Bzdyl od lat uciekają. Jak widać niekonsekwentnie, gdyż przesłanie spektaklu "Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz" jest dla mnie jasne: Leszek Bzdyl chciałby zarówno zachować wolność twórczą (czy "Opus" mógłby powstać np. w Operze Bałtyckiej?; raczej nie), jak i nie martwić się o jej koszta. Jest to zasadniczy problem prawie wszystkich artystów, choć nie wszyscy od razu tworzą na ten temat dzieła sceniczne.
O tym wszystkim z Leszkiem Bzdylem (i innymi twórcami) rozmawiamy już od kilku lat. Szkoda, że to bardziej monolog niż dialog. Póki co triumfuje bowiem wolność tworzenia (zauważmy, że "Opus" powstał w ramach marszałkowskiego stypendium), kiedy jednak przychodzi do rozmów o prawdziwych pieniądzach, zaczyna nam (urzędnikom) brakować partnerów. W odpowiedzi na apel do włodarzy, apeluję do artystów: dajcie nam szansę, kupcie los (sprzedając trochę swej wolności). Bowiem wbrew temu, o co w podtytule spektaklu prosi Leszek Bzdyl - nie przestaniemy tak łatwo go kochać.
Władysław Zawistowski dyrektor Departamentu Kultury i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego
****
Szanowny Panie Dyrektorze!
Cieszę się niezmiernie, że ceni Pan pracę artystów związanych z trójmiejską sceną tańca równie wysoko, jak widzowie nie tylko na Pomorzu, ale w kraju i Europie. Wszystko wskazuje teraz na to, że przy odrobinie dobrej woli ze strony artystów uda się wypracować w naszym regionie długofalowy - a nie doraźny; grantowy czy stypendialny - plan wspierania i promocji ich pracy. Szczególnie, że Teatr Dada von Bzdülöw (którego tylko jednym z członków jest Leszek Bzdyl) instytucjonalizuje się - powołuje do życia stowarzyszenie, które za kilka tygodni powinno już formalnie działać. Mam nadzieję, że w tym samym kierunku pójdą, razem lub osobno, pozostałe teatry tańca. Będzie Pan miał zatem już niedługo okazję potwierdzić swoje słowa, według których głównym problemem przy wspieraniu teatrów tańca było nieposiadanie przez nie osobowości prawnej.
Nie podzielam jednocześnie Pana troski o brak widzów spektakli tanecznych. W tej chwili nie ma jednego miejsca w Trójmieście, które teatr tańca regularnie (to kluczowe słowo) by pokazywało. Wierzę, że stworzenie osobnej sceny z czasem wygenerowałoby stałą widownię. A jeżeli nawet spektakle miałyby być grane "3-5 razy dla łącznie kilkuset widzów", to nie widzę w tym problemu. Teatr tańca nie jest sztuką dla mas. W końcu ile osób słucha - wykonywanego zwykle raz - koncertu w Filharmonii Bałtyckiej? Wie Pan ile kosztowała premiera "Księżnej D'Amalfii" w Teatrze Wybrzeże i ile razy przedstawienie to zagrano? Czy fakty te przeszkadzają urzędowi marszałkowskiemu utrzymywać te instytucje?
Mirosław Baran
Punk is not dead- czyli taniec i polityka- czyli 3 ´ TAK (t=f)
Magdalena Przybysz (tekst nie opublikowany)
- pierwsze TAK - what the tuck?
Z antresoli (absurdalna dla widza wysokość 10 m.n.p.sceny) wyfrunął niezidentyfikowany słonecznik latający owinięty kokardą – to wysłannik współtwórców Teatru Dada – to zamiast kwiatów- to zamiast wiązanki żałobnej. W gazecie taki fragment wypowiedzi:“…obiecuję, że to solo jest moją ostatnią polityczną wypowiedzią.“
Premiera „Opuss pessimum czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz“, która odbyła się 26 sierpnia w Klubie Żak w mieście Gdańsk ściska za bebechy, krtań i mózg (uczy, bawi, wzrusza), nawet jeśli ogląda się ją w oślej ławce dla VIP-ów (variatów i pasjonatów) na antresolii…z której nic nie widać…oprócz paru wolnych miejsc na dole, wśrod publiczności. -Dlaczego nie można usiąść jak człowiek na publiczności?- pada pytanie - Bo takie są zasady- pada odpowiedź. Czyje? Tak naprawdę nie wiadomo…
Mikrokosmos odzwierciedla makrokosmos. Ta mikro sytuacja (którą przecież spokojnie można by przemilczeć, odpuścić lub zapić, bo karawana i tak jedzie dalej), w myśl jungowskich i hellingerowskich badań nad zbiorową nieświadomością, jest odbiciem szerszego społecznego kontekstu, i że tak się brzydko wyrażę kondycji tańca współczesnego w IIIRP, bo kto decyduje o tym kto ma siedzieć na górze, a kto na dole? Se-lek-cjo-ner (pan na bramce, urzędnik, decydent). Demokracja kończy się tam gdzie zaczyna się sztuka niezależnie myśląca i bezczelnie samodzielnie czująca. Budzi się tęsknota za anarchią…
- drugie TAK – tuck the system!
W ostatnich latach dzięki funduszom UE UM oraz innym UCośtam uruchomiły się w naszym bajkolandzie-polandzie tak zwane możliwości. Każdy ojciec tańca polskiego, każda matka contemporary dance, każda ich dziecina blada MOŻE ROBIĆ SWOJE! Można sobie coś wymyśleć, zrealizować, za granicę nawet pojechać (ale to osobny temat, polityka zagraniczna wygląda nieco lepiej niż wewnętrzna). Zawsze to artysta sztuki tanecznej z dorobkiem wyszarpie te pare tysiaków raz albo i dwa razy do roku ( a jak się jest teatrem tańca to może i trzy, a jak dodatkowo jeszcze uruchomi się projekt społeczny to może i nawet cztery), zawsze to debiutujący tancerz eksperymentujący wyrwie te parę stówek na łebka dla oświetleniowca, muzyka, scenografa, na kostium w postaci spodni i bluzki oraz dobrych majtek z niepękającą gumką i nieprzecierającym się krokiem, na zwrot kosztow podróży, no i jak to wszystko opłaci może i dla niego jakie dwie stówy stykną za setki godzin rocznie na sali,na różnego rodzaju podłogach (bo różne są, wypasione bywają, nawet z lustrami,ogrzewane, ale i też zasyfione, zimne, dziwnie pachnące). A dla świeżo upieczonych pasjonatów istnieje szeroka oferta warsztatów i festiwali (najczęściej robionych przez dwie trzy nienormalne osoby, które tak taniec umiłowały, że ze snu zrezygnowały), na które można jakie stypendium wyhaczyć.
W kraju, w którym nie wypada mówić o pieniądzach taniec dąży do profesjonalnej struktury. Zwykle zaczyna się od rozmowy z przedstawicielami instytucji , że przytoczę fragment rozmowy z panem XY: - „No, ale, że ten taniec współczesny, to co to? Bo jeśli nie you can dance, nie taniec na lodzie i z gwiazdami, i nie towarzyski, ale i nie balet, i nie taki jak moja córka na teledyskach ogląda, to, że niby co to jest?! I tutaj pojęcie „teatr tańca“ nieco rozjaśnia sytuację: „Aaahaa! Coś takiego jak w Dysneylandzie robią!Taki teatr sytuacji interaktywny z publicznością!!!“ I wtedy już jesteśmy w domu, pula wygranych w tej tanzbudzie na kółkach w wesołym miasteczku grantów otwarta! Teraz tylko trzeba wiedzieć, którego z guru tańca poprosić o rekomendację (złożyć należy minimum siedem listów potwierdzających wartość własną) i zastanowić się dobrze, którego misia decydentka ustrzelić, którego zajączka z forsą wydymać, do którego dziubusia ładnie się uśmiechnąć. I wtedy jest świetnie! -I skoro jest tak super to…pomódlmy się!!!!- proponuje Bzdyl padając z wdzięczności na kolana, na tle świetnie zrealizowanego video Jacka Staniszewskiego. Licznik z kasą leci- podbijając tantryczno-oniryczną modlitwę dziękczynną.
Tym bardziej wzruszający jest fakt, że jednak(!!!) zdarza się, że projekty typu Opus Pessimum wspierane są przez instytucje rządowe, jak w tym przypadku Urząd Marszałkowski!!! Dlaczego to wzrusza?, bo:
Opus pessimum to współczesne punkowe jezioro łabędzie, facet w rajtuzach w mgnieniu paru chwil wyciąga pięć asów z rękawa! Bo przecież zasada doktorów jest jedna! Taniec to sztuka wizualna i każdy łabędź z należytą pokorą winien się do niej stosować. Bzdyl jedzie żyletą show-offu po oczach tej złotej reguły. Od dzisiaj w imię jedynej i słusznej funkcji tańca jaką jest estetyka (czyli podobanie się masom, zwłaszcza tym, które to regularnie płaci abonament TV),zabrania się wierzyć w to,że taniec mógłby spęłnić rolę komunikacji międzyludzkiej angażującej również i inne zmysły, takie jak smak, węch, czucie i słuch oraz… a także… wreszcie… panie, panowie, ten szósty zmysł, w niektórych środowiskach tanecznych uznawany wręcz za paranormalny, a zwany… myśleniem i intuicją…
- trzecie TAK - tuck it hell, i want to die
|