Kilka Błyskotliwych Spostrzeżeń
Andrzej Z. Kowalczyk, Nasze Miasto, 19.11.2004
Inspiracje i motywy gombrowiczowskie można było odnaleźć w realizacjach tego teatru już wcześniej, a teraz mamy oto swego rodzaju ich podsumowanie. To spektakl poniekąd dwuznaczny. Z jednej strony - będący wyrazem sprzeciwu wobec prób „brązowienia” osoby Gombrowicza, stawiania mu pomników (chyba nawet takich jak ten lubelski, z dni Konfrontacji Teatralnych), czynienia zeń narodowego wieszcza, którym on sam nigdy nie chciał być. Z drugiej jednak - nie sposób nie dostrzec fascynacji artystów dziełem pisarza, wyrażającej się nie tyle nawet odwołaniami do konkretnych utworów, co znakomitym oddaniem klimatu jego twórczości. A dodatkowa radość dla widzów to możliwość ponownego zobaczenia fenomenalnej (nie bójmy się tego słowa) Katarzyny Chmielewskiej.
Mirosław Baran, Gazeta Wyborcza-Trójmiasto nr 136, 12-06-2004
"Kilka błyskotliwych spostrzeżeń..." to spektakl w dużym stopniu autotematyczny. Co prawda teatr tańca, pozbawiony praktycznie fabuły, skupia się na samym aktorze i jego grze. W przypadku najnowszego przedstawienia Dady von Bzdülöw jest jednak kilka przesłanek, które każą odczytać je w ten sposób. Data premiery została wybrana nieprzypadkowo - pokaz odbył się dokładnie w 40. urodziny założyciela Dady, Leszka Bzdyla. Jedyne słowa, jakie padają w spektaklu, brzmiały: "Panie! Panowie! Oto ja". Zaraz po nich aktor wykonuje solowy taniec, który wygląda tak, jakby "oswajał" całe swoje ciało, sprawdzał swoją kontrolę nad poszczególnymi jego częściami: ręką, nogą, plecami. No i przecież Witold Gombrowicz, który "patronuje" przedstawieniu, zaczął swoje "Dzienniki" od słów "Poniedziałek: Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja. Czwartek: Ja".
Powstał spektakl szalenie efektowny, składający się z kilkunastu etiud zaledwie sugerujących fabułę, doskonale zatańczony przez trójkę aktorów - Leszka Bzdyla (reżysera przedstawienia), Katarzynę Chmielewską i Rafała Dziemidoka. W ich wykonaniu taniec nie jest czymś sztucznym, wyuczonym, widać, że właśnie za jego pomocą chcą "mówić" do widza. Prócz tańca, klimat spektaklu buduje doskonała muzyka autorstwa Mikołaja Trzaski, chwilami rytmiczna, wręcz monotonna, kiedy indziej gwałtownie przyspieszająca, łącząca otaczające nas dźwięki - hałas dworca kolejowego czy szum fal - z pianinem i saksofonem.
Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki nr 137, 14-06-2004
Prapremierowe widowisko "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (á la Gombrowicz)" w gdańskim Żaku poprzedził performance Leszka Bzdyla: ogrywanie rzeźby Piotra Sasina. Płaty wydrążonych pni drzewnych, przez które widać "na przestrzał" przestrzeń, zdają się idealnie pasować do bożyszcza filozofii Gombrowicza: Formy.
W sali widowiskowej Forma, czyli Zewnętrzność panowała idealnie: jak na przyjęciu dyplomatycznym. Tam wita widzów dostojnie tańcząca dama w długiej krwistej sukni, Katarzyna Chmielewska - hurysa, może westalka. Po wyciszeniu światła pojawiają się dwaj partnerzy: Leszek Bzdyl i Rafał Dziemidok. Pomiędzy nimi, na idealnie białej scenie (dwa dmuchane materace są przezroczyste, aby nie mąciły bieli) rozpoczną się zmagania. O co? Chyba o to kto potrafi zaistnieć najwyraziściej, czyli kto komu narzuci swoją Formę. Podpatrując, naśladując, kusząc, zwodząc, walcząc wręcz. Spektakl, jaki tych troje rozgrywa pomiędzy sobą, dla siebie, ale także dla widzów, jest bardzo prosty. Taki się przynajmniej wydaje. Scena po scenie składa się z pospolitych kroków i gestów. Oni usypiają czujność widowni, sugerują: to nic takiego, ot, tańczymy sobie i tyle. A jednak spod tej pospolitości stale prześwieca tytułowa "błyskotliwość". Nie chodzi o momenty czy fragmenty, w których nagle wystrzela w górę raca humoru (np. w "zapasach" Dużego z Małym) czy błyska piękno klasycznego baletu w solowym wykonaniu Katarzyny Chmielewskiej. Chodzi o stałą obecność myśli, że tu nie chodzi o zabawę. Idealnie pasuje do "Kilku błyskotliwych spostrzeżeń á la Gombrowicz" muzyka Mikołaja Trzaski; nic dziwnego, kształtowała się równolegle z budowaniem spektaklu. Znakomitego, wartego wielokrotnego oglądania.
Bartłomiej Miernik, Teatr 9/2004
W roku 2004 szumnie ogłaszanym jako Gombrowiczowski, obejrzałem oparty na prozie mistrza spektakl, który mnie zachwycił. Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (a la Gombrowicz) Teatru Dada von Bzdülöw, które premierę miało w czerwcu, otwierało czterodniowy cykl pokazów letniej edycji „Gdańskiej Korporacji Tańca". Kilka błyskotliwych spostrzeżeń..., oparte na improwizacji trójki tancerzy: Katarzyny Chmielewskiej, Leszka Bzdyla oraz Rafała Dziemidoka, to, zgodnie z tytułem, strzępki, z których widz może sobie złożyć całość. Podobnie jak w Dzienniku Gombrowicza, mamy tu do czynienia ze zbiorem obserwacji, refleksji i kreacji, który przy pierwszej lekturze rozpada się na nierówne, mniej lub bardziej fascynujące fragmenty. W zapełnionym gośćmi foyer klubu Żak Leszek Bzdyl, wtopiwszy się w tłum, rozpoczyna „machanie rękami i nogami" - całkiem bezcelowe i idiotyczne popisy, które dziś wielu krytyków uważa za taniec współczesny. Ot, wkłada głowę do stojącej popielniczki, wygina się do rejestrującego oka kamery, rusza biodrami, wskakuje na kontuar mieszczącej się w budynku kawiarni. Na pustej, rozjaśnionej scenie dotykają podłogi podwieszone materace -nadmuchane, ogromne i przezroczyste. Materace nasuwają skojarzenie pobliskiej plaży: miejsca sztucznie wydzielonego. Tu moje Ja może przeglądać się w oczach innych. Tu Bzdyl przegląda się w oczach partnerów. Postać grana przez Chmielewską krąży wokół spoczywających partnerów, obserwujących jej taniec z poziomu materaca. Zaraz materac zmieni swą funkcję znaczeniową i stanie się pufem, a my zostaniemy przeniesieni do klubu go-go. „Cielesność" Dziemidoka służy Bzdylowi do przetaczania się, zbratania, do cielesnego uścisku. Ten odarty z formy spektakl posiada jednak zamkniętą jakość. Nic tu nie dzieje się naprawdę. Apostrofa: „Panie!", wznoszącego błagalnie swój wzrok ku górze Bzdyla, szybko pęka po dodaniu „i Panowie".
Grażyna Drabik, Nowy Dziennik (Nowy Jork), Dada na Manhattanie, 24 listopada 2006
Raz jeszcze słynna La MaMa gości polski zespól. Jest to zespół niełatwy do krótkiego określenia: teatralny, pantomimy czy taneczny - nieważne zresztą. Ważne, że ruch splata się u nich nierozerwalnie z mocno rytmiczną muzyką Mikołaja Trzaski, z oszczędną a wymowną oprawą Macieja Chojnackiego, i że rzecz robią ciekawą . Zespół Dada von Bzdülöw jest niewielki , wszystkiego trzy osoby: Katarzyna Chmielewska , Rafał Dziemidok i Leszek Bzdyl, bardzo różniący się od siebie fizycznie . Ich ostatni spektakl Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (a la Gombroiwcz), pod przewodnią siłą Bzdyla, to rodzaj wizualnego komentarza do twórczości autora Ferdydurke.
Seria szybko zmieniających się układów solowych, duetów w różnych układach i wspólne trio składa się na taneczno-pantomimiczne wariacje na kilka zasadniczych motywów z Gombrowicza: jak tworzymy siebie wobec innych jak staramy się innym dorabiać "gębę", jak pod powłoczką dorosłości pręży się w nas i pulsuje nasza niedojrzałość, jak sprawa poważna łatwo w niepoważną się może przemienić, a lekka gra przeobrazić w morderczy pojedynek. Wszystko to potrafią robić bardzo serio i kpiarsko , z uwagą na prawie niewidoczny szczegół i ze świetnym wyczuciem ruchu w rozległej przestrzeni. Nadzwyczaj udanie przy tym Bzdyl wykorzystuje różne fizyczne kształty tancerzy: Chmielewska potrafi zachować swą królewską postawę , nawet gdy siada niby niezgrabnie na kołyszącym się nierówno pufie. Za duży, za ciężko wyglądający Dziemidok potrafi poruszać się ze zdumiewającą lekkością. Sam Bzdyl , wcielenie Pucka ze Snu nocy letniej, potrafi nadać gestom przezabawne lub wręcz tragiczne zabarwienie. Mądrze przemyślany spektakl.
Andrzej Molik, Kurier Lubelski, 16.11.2004
Oziębła kreatywność tancerzy z gdańskiego Dada von Bzdülöw.
Katarzyna Rączka, Scena, nr 4/5 (35/36) – 2004
Teatr Dada von Bzdülöw nowy spektakl oparł na „Dzienniku" Gombrowicza. Kilka Błyskotliwych Spostrzeżeń to porwana, improwizowana choreografia w otoczeniu nadmuchanych, przezroczystych form materacy pełniących różnorakie funkcje, od wygodnej sofy po obiekty zdobywczych starań - trójka tancerzy (Leszek Bzdyl, Katarzyna Chmielewska, Rafał Dziemidok) istnieje dla siebie, wobec siebie i na pokaz sobie (i nam, widzom oczywiście). Sytuacje iście gombrowiczowskiego stawania się wobec drugiego człowieka mają tu charakter ulotny i otwarty, jak spostrzeżenia właśnie...
Gazeta festiwalowa, Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu, 2004
Po obejrzeniu „Kilku błyskotliwych spostrzeżeń” jak w wierszu - jednoznacznie trudno orzec, czy taniec był przedstawieniem, czy przedstawienie było tańcem. Bo właśnie taniec był w przedstawieniu punktem centralnym. Przebijał się w specyficznym zachowaniu pana w czarnym garniturze, zachowaniu obiektywnie graniczącym z wariactwem a faktycznie - często z podłoga. Mężczyzna ten, obecny już na schodach przy wejściu, wciągał widzów w dziwną grę, wprowadzając ich w nastrój przedstawienia, grę na scenie rozpoczynał ekstatyczny taniec kobiety w czerwieni i - ciekawy szczegół - nagłośniony kilkominutowy proces oddychania przy akompaniamencie dźwięków perkusji. Później - taniec trojga aktorów, czyli - kobiety w czerwieni, wariata ze schodów i mężczyzny, który okazał się autorem spektaklu- dwóch mężczyzn i pierwiastka kobiecego, taniec wspólny, taniec samotny. Powtarzający się schemat muzyczny - jak w piosence, gdzie refren i zwrotka następują po sobie - to także zachowania bohaterów, które powtarzały się, zataczając koło. Fabuła - przedstawiona w oryginalny sposób, była raczej sprawą subiektywną, sumą wniosków z tego, co aktorzy przedstawili swym tańcem - wykorzystując go jako metaforę słów, myśli, uczuć, zachowań. Wyrażają nim zdradę, rozpacz, zbliżenie, miłość, gniew, walkę, czy wręcz - myśli samobójcze!
Elementy spektaklu to także muzyka, dźwięki czasem kosmiczne, czasem rytmiczny gwar ulicy, czasem gra saksofonu czy perkusji, ale spokojna, stonowana, dla której alternatywą były nuty kończące spektakl - głośne, taneczne, wyjęte żywcem z młodzieżowego klubu, przy których następuje spuszczenie powietrza z dmuchanego materaca i fotela, jedynych elementów scenografii obecnych na scenie.
Kolejny element - to gra świateł, pastelowej żółci, ziele-ni, błękitu, po czym głęboki mrok i wpadająca w niego, żrąca jasność, przesyt światła. To tworzy spektakl pełen uroku, wciągający, tajemniczy, specyficzny, oryginalny, w którym życie wyrażane było w tańcu a jedyne słowa wypowiedziane przez aktora to esencjonalne podsumowanie dzieł gombrowiczowskich: ”Panie... Panie... Panie, Panowie, oto - JA!” Nie dziwi, że zachwyt i podziw publiczności wyrażony w oklaskach długo nie pozawalał zejść bohaterom ze sceny.
Bartłomiej Miernik, Festiwal Zdarzenia – Tczew, Gazeta Festiwalowa, wrzesień 2005
Scena czternasta: widzowie wpatrują się w pustą przestrzeń, w której znajdują się dwa ogromnych rozmiarów, okrągłe materace. Oba są przezroczyste. Chwilę wcześniej widzowie dostali karteczki z zerojedynkowym opisem tańca w tej scenie. Trójka tancerzy staje po bokach. Scena czternasta to typowe, gombrowiczowskie nagłe rozbicie struktury przedstawienia. Sensy zaczęły na siebie zbytnio nachodzić, więc Operetkowe, całkiem absurdalne „Krzesełka lorda Blottom", zamienione zostały na karteczki z ciągiem zer i jedynek, a gdzieś pod koniec, pośród morza liczb stoi słowo „łydka". Reżyser stara się zburzyć strukturę przedstawienia. Obserwujemy więc, jak rozjaśniają się poszczególne fragmenty sceny, te, w których powinni znajdować się tancerze. Ich tańca nie ma, musimy go sobie wyobrazić.
W spektaklu Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (a la Gombrowicz) Teatru Dada von Bzdülöw przez ponad godzinę trójka tancerzy przekazuje nam poprzez ruch opowieść o damsko-męskich niuansach. Przedstawienie to składa się ze strzępków, z których widz może sobie złożyć całość. Podobnie jak w Dzienniku Gombrowicza, mamy tu do czynienia ze zbiorem obserwacji, refleksji i kreacji, który przy pierwszej lekturze rozpada się na nierówne, mniej lub bardziej fascynujące fragmenty. W zapełnionym gośćmi foyer Tczewskiego Domu Kultury Leszek Bzdyl, wtopiwszy się w tłum, rozpoczyna „machanie rękami i nogami" całkiem bezcelowe i idiotyczne popisy, które dziś wielu krytyków uważa za taniec współczesny. Tak rozpoczyna spektakl - od improwizacji. Dwa przezroczyste materace nasuwaj ą skojarzenie nadmorskiej plaży: jej odkrywającej funkcji, miejsca sztucznie wydzielonego. Tu moje „Ja" może przeglądać się w oczach innych. Tu Bzdyl przegląda się w oczach partnerów.
W związek dwóch osób wkracza ten trzeci. Postać kreowana przez reżysera tego wydarzenia, Leszka Bzdyla, pojawia się na scenie w momencie, gdy para tancerzy tańczy przy sobie i do siebie, ruszając się z minuty na minutę coraz ściślej. Spowity w garnitur alter ego Gombrowicza staje z tyłu sceny i zauważa, że wszedł w tę przestrzeń w butach, tamci zaś są boso. Po chwili wraca - rozbuty. Próbuje wkroczyć pomiędzy tę dwójkę, by się zbratać. Wdziewa więc szatę, w której w początkowej sekwencji spektaklu tańczyła kobieta. Z argentyńskich fragmentów biografii Gombrowicza, braku recepcji jego twórczości, odrzucenia środowiska polonijnego, układa Bzdyl opowieść o chęci bycia zaakceptowanym, o próbie wkroczenia w zastany układ. Tańcząc w różnych kombinacjach, stara się stworzyć z pozostałą dwójką skierowane do publiczności obrazy. Kierując twarze do widzów, tancerze zastygają w bezruchu, tworząc wrażenie klapsów, zdjęć z przeszłości, starych fotek sprzed wojny.
Postać grana przez Chmielewską krąży wokół spoczywających partnerów, obserwujących jej taniec z poziomu okrągłego materaca. Zaraz materac zmieni swą funkcję znaczeniową stanie się wygodną pufą, a my zostaniemy przeniesieni do klubu go-go. Cielesność Dziemidoka służy Bzdylowi do przetaczania się, zbratania, do uścisku dwóch ciał. Jest to również pewna forma walki. Toczące się po podłodze dwa spocone, zawinięte w siebie, głośno oddychające ciała walczą. By dotrzeć do Innego musimy najpierw stoczyć dwie walki: z samym sobą i z partnerem. Ten odarty z nadmiernej formy spektakl posiada jednak zamkniętą jakość. Nic tu nie dzieje się naprawdę. Apostrofa: „Panie!", wznoszącego błagalnie swój wzrok ku górze Bzdyla, szybko pęka po dodaniu „i Panowie". Za chwilę wygłosi koronne „Oto ja". Teraz to ON konstytuuje ten spektakl.
Ważne w tej prezentacji, a być może najważniejsze, że oddający emocje ruch aktorów istnieje obok identycznej w emocjach warstwy muzycznej. Ma się wrażenie, że taniec współistnieje z muzyką Mikołaja Trzaski - dźwiękami, odgłosami pocierania, drapania, uderzania w bębenki. Do tego dochodzą puszczone nagrania z prób do spektaklu. Muzyka nie dopełnia gry. Tu dźwięki i ruch występują jako równorzędni partnerzy. Tu tancerze są aktorami i korzystają z tego, grając prócz ciałem, mimiką twarzy, teatralnymi gestami, pantomimą. To nie teatr tańca, zamknięty w ruchu, to teatr totalny.
|