Eden
Zasłyszane, Klamrowa Gazeta Festiwalowa nr3/8, 10.03.2008
Anna Adamowska, Magdalena Borkowska, Dagmara Woroniecka, Aleksandra Lewandowska
Śliczny, liryczny, seksowny... Ta dyskoteka w dżungli - to taki jest Eden? Jeśli tak to nie trzeba nikogo wyganiać... Spadające, budujące piątki śniegu... Niesamowity, dochodzę wciąż do siebie...Poruszające... Można się było skoncentrować a nawet zapaść w trans... Momentami się wyłączałam...Czasem za monotonnie... Genialne... Nie podobało mi się, przede wszystkim dlatego, że było za długie... Do tej pory przeżywam... fajna muzyka... Muzyka chwilami przysłaniała spektakl... Nie rozumiem... Nie wiem, o co chodziło... Pierwszy raz uczestniczyłem w tego typu przedstawieniu i muszę przyznać, że przypadł mi do gustu... Poszedłbym jeszcze raz... Czas mi szybko zleciał... Momentami wiało nudą... Dłużyło się... Zmęczyło mnie to ciągle powtarzanie sekwencji... Miałam nadzieję, że ktoś coś powie... Udowodnili, że i bez słów można przekazać wiele... Fajnie się ruszali... Nie dotarło do mnie... Nie chcę się wypowiadać... Jeszcze nie mam zdania... Nie wiem, co mam o tym myśleć... Terapeutyczne, transowe... Wzbudziło we mnie niepokój, lęk przed samotnością... Atmosfera napięta do granic... Świetne technicznie... Słabe. Sama tańczę w teatrze tańca i nie podobało mi się... Podobało nam się... Ładnie dobrany dźwięk...
Muzycznie bez zarzutu... Ruchowo i tanecznie świetne, genialne... Wręcz wstrząsające... Najlepsze były solówki i duety, ale początek można było skrócić... Kilka ostatnich sekwencji, tańczonych w parach zachwyciło mnie najbardziej... Mogli popracować nad 'kostiumami albo wręcz przeciwnie wystąpić bez nich...Świetne stroje, w barwach ziemi, nasuwały skojarzenia z tytułowym Edenem... Ciekawe... ]ak dla mnie za bardzo alternatywne to przedstawienie było... Kojarzyło mi 'się to bardziej z tańcem nenufarów niż z Edenem... Dlaczego Eden???.,. Nie wiem skąd ten tytuł... Mistrzowie w budowaniu napięcia... Rzeczywiście poczułam klimat raju... Przeniosłam się w inny wymiar... Sztuka nie zna granic, co udowadnia konsekwentnie Leszek Bzdyl... Ciepło, bezpiecznie, lirycznie, mrocznie, przerażająco; ogólnie bardzo sensualny obraz... Na razie nie mam sprecyzowanego zdania, ale ogólnie na plus... Zadziwiająco szybko zleciał czas, byłem w szoku, że to już półtorej godziny... Czegoś mi zabrakło... Światło, dźwięk, ruch, wszystko było cudne... Zacząłem się martwić, że to się nigdy nie skończy... Nie lubię długich przedstawień, ale tym razem nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie... Nie sądziłam, że przedstawienie, w którym nie pada nawet jedno słowo może wzbudzić tak wiele emocji... Nie znam się specjalnie na teatrze, ale to chyba było naprawdę dobre... Dla mnie to było takie przedstawienie, którego nie trzeba rozumieć, ale trzeba czuć, przeżyć... jesteśmy poruszeni... Nic nie zrozumiałem, ale bardzo mi się podobało...
Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki, 16.03.2006
Zwraca uwagę niecodzienna w tym teatrze obsada: aż sześć osób. Trzeba też zwrócić uwagę na wieloznaczność tytułu. „Eden", raj, ogród -miejsce szczęśliwe, albo w ogóle „coś utraconego", bo właśnie raj zrósł się z pojęciem utracenia.
Zespół Teatru Dada zinterpretował to słowo oryginalnie jako „miejsce, w którym nie dzieją się walki". Nikt się nie wynosi ponad innych. Zanikł duch rywalizacji. Współdziałanie zastąpiło konkurencję. Wyhamowano pęd. Może nawet zatrzymał się czas. Przynajmniej na czas spektaklu.
To stopniowo staje się widoczne w sposobie gry wszystkich uczestników wydarzenia. Tylko przez moment Leszek Bzdyl wyróżnia się - jako kapłan, derwisz, może nawet jakiś Bóg. Ale szybko schodzi na ludzki poziom, do pozostałych. W zakończeniu, kiedy ukazują się ostatni raz, wybierają miejsca niedoświetlone, nie można rozpoznać ich rysów „Oto jesteśmy jedno".
Tancerze, przenikając na widownię, chcą także ją objąć przestrzenią bez walki. Chcą, aby nie ograniczała się tylko do sceny. To ich przesłanie. Zwolnijcie. Popatrzcie na bliźniego jak w lustro, a nie jak na konkurenta albo wroga, który nieustannie czyha, aby waszym kosztem wynieść się ponad was. Postawcie na dobro. Powróćcie do elementarnych uczuć sympatii, przyjaźni, miłości. Może to utopia. Ale piękna.
Klamra. Dzień trzeci, Nowa Siła Krytyczna, Nowa Siła Krytyczna, 12-03-2008
Alicja Rubczak
Spektakl "Eden" był na pewno zaskoczeniem dla wszystkich, którzy przywykli do estetyki Teatru Dada von Bzdülöw i tak charakterystycznego dla spektakli Leszka Bzdyla operowania groteską, żartem, pewną swobodą treści przy intensyfikacji formy. Jak przyznaje sam reżyser, jest to przedstawienie inne od dotychczasowych - poważniejsze, bardziej stonowane. Stało się wyrazem inspiracji płynącej z obcowania z wizją Edenu kreśloną w Koranie. Jest zerwaniem ze schematycznym postrzeganiem tego miejsca, zagłębieniem się w jego istotę i przypomnieniem współczesnej kulturze tej kategorii przestrzennej. "W Edenie nie ma miejsca na czcze gadanie" - zdanie z Koranu, przywoływane przez Leszka Bzdyla podczas pełnego emocji spotkania po spektaklu, idealnie przystaje do założeń przedstawienia. W "Edenie" Teatru Dada von Bzdülöw nieistotne są słowa, a każda scena jest precyzyjnie skomponowana i wyważona, więc nie można również mówić o nadmiarze treści płynących z ruchu scenicznego. Wizja Edenu konstruowana w tym przedstawienie jest bowiem wnikaniem do wnętrza widzów, samych artystów, istoty Raju.
Widz zostaje wprowadzony do przedstawienia jeszcze w foyer - aktorzy przeciskają się przez tłum, by w trzech językach powiedzieć kilka, z pozoru nieistotnych zdań dotyczących powstawania spektaklu, czasu jego trwania oraz pojęcia Edenu. Następuje całkowite zerwanie z iluzją teatralną. W ciekawy sposób koresponduje to z dalszą częścią przedstawienia, w którym nie pada ani jedno słowo, a iluzja sceniczna jest wciąż rozbudowywana. Zatem już od samego początku widz zostaje zmuszony do stawiania pytań o znaczenie wybranej formy czy idei spektaklu. "Eden" oczekuje bowiem od widza czujności, ciągłego udziału intelektualnego w budowanej poprzez taniec historii.
Drogowskazem do poszukiwania znaczeń tego spektaklu jest prezentowany w nim obraz relacji międzyludzkich, które stają się odbiciem pojmowania roli człowieka w ogrodach Edenu i zasadą konstruowania teatralnej wizji tego miejsca. Relacje pomiędzy postaciami budowane są poprzez ogromną pokorę i skromność. Nieustannie spuszczone oczy, brak kontaktu wzrokowego aktorów z widzami i między sobą, przewrotnie nie świadczy o zaburzeniu relacji. Ci ludzie z Edenu łączą się poprzez wspólnotę gestów, tworzą niewyrażalną w słowach jedność. Doskonale oddają to sceny, w których ruch kilku tancerzy, bądź pary zostaje ze sobą zsynchronizowany. Relacje międzyludzkie cechuje tu czystość, każdy dotyk, gest wobec drugiego człowieka jest wolny od pożądania, jest wyrazem jasnych emocji i delikatności. Kontakt z drugim człowiekiem znamionuje czułość, a raczej współodczuwanie oraz troska. Piękne są sceny, w których tancerze przytulają się do siebie, układają swoje ciało na placach leżącego partnera. Figury, w których Leszek Bzdyl i Filip Szatarski tańczą razem, wolne są od homoertoycznych skojarzeń, ważna jest bliskość i człowiek, którego nie uprzedmiotawia się przez zazdrość lub pożądanie.
W sferze tańca spektakl ten również różni się od charakterystycznych realizacji Leszka Bzdyla. Dominuje tu wyciszenie gestów, mniej jest sekwencji dynamicznych czy nagłych zmian tempa. Sceny tańczone w szybszym rytmie wynikają z uprzednio budowanego napięcia, jakby rozpędzają się, żeby potem łagodnie wyhamować. Rytm tego spektaklu bardzo ciekawie wpływa na widza. Długie, powtarzane sekwencje, jak pierwsza scena zbiorowa, w której jednocześnie tańczą Katarzyna Chmielewska, Julia Mach, Anna Steller i Urszula Wróbel, mogą wprowadzić widza w rodzaj transu, w którym z jednej strony nie można wyłączyć się z budowanego na scenie ruchu, a jednocześnie nie sposób nie zanurzyć się w samym sobie. Otwarcie na te powtarzane jak mantra ruchy i próba zanurzenia się w warstwę intelektualną spektaklu, sprawia że 90 minutowa, stonowana całość nie nuży, powtórzenia nie są irytujące, lecz uspokajają.
Poszukiwanie harmonii i spokoju w geście tnie natomiast muzyka. Dźwięki tworzone przez Rafała Dętkosia i Grzegorza Welizarowicza budzą niepokój. Brak stałych rytmów, nie oznacza braku sekwencji rytmicznych tej elektronicznej muzyki, świetnie oddaje ona charakter współczesnego tańca z elementami fizycznymi, w którym wiele jest kanciastych, urywanych gestów. Muzyka buduje napięcie i pobudza intelektualnie. Nieustanne szumy, piski, trzaski, nagłe mocne brzmienia szarpanych strun, wwiercające się w mózg syczenie tranzystora, wszystko to sprawia, że widzowi ma być niewygodnie wśród tych dźwięków.
Całość zagrana na tle czarnych kotar, zasadniczo bez scenografii, w prostych, jakby codziennych strojach, oświetlona nienachalnym światłem, wprowadzającym niekiedy lekki półmrok, staje się podróżą do wnętrza czegoś nieuchwytnego, a jednocześnie tak bardzo bliskiego. Świata, którego widz musi stać się częścią, przestrzeni, w której przez ciągłe namawianie go do intelektualnego wysiłku i poszukiwania odpowiedzi, na niemo stawiane pytania, po prostu uczestniczy.
Milczenie w rajskim ogrodzie, Gazeta Wyborcza - Toruń nr 61, 12-03-2008
Grzegorz Giedrys
Trójmiejski zespół, który często gości na przeglądzie w Od Nowie, przyznaje, że wyrasta z tradycji sceny dramatycznej, a nie teatru tańca. Ich przedstawienia opowiadają historie nie za pomocą słów, ale ruchu i gestów. Jaką więc wizję raju snuje przed nami Dada w "Edenie"? W rajskich ogrodach - w krainie osiągalnej dopiero po śmierci - wszyscy są szczęśliwi, doskonale obojętni na sprawy ziemskie, pozbawieni ludzkich pragnień. W zaświatach czas nie biegnie w niepowrotnej linii, zatacza się w ucieczkach i powrotach. Jest tu czułość, ale nie erotyka; jest gwałtowność, ale nie agresja; jest sugestywność, ale subtelna; jest melancholia, ale nie smutek.
O ile prezentowane dotychczas na Klamrze przedstawienia Wierszalina i K3 były oszczędne pod względem scenograficznym, Dada zaproponował widzom spektakl absolutnie minimalistyczny. Nie ma w nim dekoracji. Na pustej scenie zespół Leszka Bzdyla pokazał przemyślane i dopracowane w każdym szczególe układy choreograficzne, które od artystów wymagały wręcz akrobatycznej sprawności. Rytm tego przedstawienia wyznacza ścieżka dźwiękowa autorstwa Grzegorza Welizarowicza ze znanej formacji Mordy i kompozytora Rafała Dętkosia, którzy przygotowali żywiołowe spotkanie muzyki gitarowej z transowym ambientem, zmieniającym się w ciężki industrial.
"Eden" to spektakl wymagający - nie pada w nim ani jedno słowo. Widz przyzwyczajony do tradycyjnej literatury dramatycznej może wpaść w interpretacyjny popłoch. Ale czy przypadkiem to, że doszukujemy się sensu we wszystkim, nie jest wielkim przyzwyczajeniem naszego umysłu do logicznych formuł? Zaręczam, że "Eden" jest dla publiki poważnym wyzwaniem intelektualnym i estetycznym.
Powrót do Edenu, Izabela Piskorska
Klamrowa Gazeta Festiwalowa nr 3 (8) 2008
Jak opowiedzieć o Raju? Gdański Teatr Dada von Bzdülöw snuje historię „Edenu" tańcem. Ezoteryczna sztuka reżyserii Leszka Bzdyla, której niepowtarzalną atmosferę buduje gra świateł i muzyki, skomponowanej przez Rafała Dętkosia i Grzegorza Welizarowicza, jest przede wszystkim historią niedokończoną ... Cisza przed spektaklem. Szóstka aktorów, jak wyznaje „łączy się z rzeczywistością". Splatają ręce w ciasnym kręgu, instynktownie szepczą do siebie uspokajająco. Czuć krążącą wbrew prawom natury energię. Mrok. Zaczyna się. W przygaszonym świetle, przy ścianach kotar, stanowiących granice przestrzeni scenicznej i jednocześnie jedyny element scenografii, rodzi się ruch, czyli życie. Wszechogarniająca, monotonna muzyka wypełnia wyizolowaną przestrzeń, sprawiając, że staje się ona jedynie małym wycinkiem wszechświata, istnieje poza czasem.
Historia „Edenu" nie ma początku, ani końca, nie ma autora tylko odbiorców, nie ma treści a jedynie formę. To właśnie „czystość formy" jest dla reżysera najważniejsza. Taniec artystów to wyzwanie dla widza. To on, zatapiając się w przestrzeń sceny, ma kreować rzeczywistość, nadawać jej sens. „Eden" pozbawiony jest gotowych formuł, schematów, symboli. Sekwencja ruchów tancerzy, cykliczność akordów muzyki,
uspakajają, stwarzając atmosferę do poddania się ogarniającym emocjom. A one nie są jednoznaczne: spokój przeplata się ze strachem, harmonia z chaosem, prawda z grą pozorów, złudzeń. W swoim spektaklu Teatr Dada von Bzdülöw pozwala mieszać się wszystkiemu ze sobą. Próbuje nakłonić do poszukiwania
indywidualności i współistnienia, samotności i współobecności. „Eden" to pytania, które istnieją w nas od zawsze i te, których istnienia nawet nie podejrzewamy. Pytania wybór i wolność, o przyczynę i cel. O ucieczkę i powrót...
Bartłomiej Miernik, Teatr 6/2006
Gdy rozmyślam o tym projekcie, nigdy nie jawi mi się on jako skończona całość. Jest raczej jak ciemny, rwący potok: twarze, głosy, gesty, wołania, cienie, światło, nastroje, sny — nic trwałego, nic naprawdę namacalnego przez czas dłuższy niż mgnienie oka, a i wtedy tylko pozornie (...) Mógłbym w nieskończoność opisywać odcienie tonów i barw, lecz nic to nam nie da. Zabierzmy się lepiej do pracy". Tak we wstępie do scenariusza, starał się naszkicować zarys „Szeptów i krzyków" Ing-mar Bergman. Słowa te idealnie opisują „Eden" - najnowszy spektakl Teatr Dada von Bzdülöw. Nie chcę przy tym stawiać znaku równości między sztuką filmową Bergmana a teatrem Bzdyla. Pragnę jedynie wskazać jedną, chyba najważniejszą analogię: zarówno w przypadku szwedzkiego reżysera, jak i polskiego choreografa obcujemy z „dziełami pionowymi". W obu przypadkach obcujemy z doświadczaniem przez człowieka metafizyki, rzadziej, lub prawie w ogóle - z dialogiem człowieka z człowiekiem.
„Eden" to intymny, niezwykle osobisty glos Leszka Bzdyla. Po przedstawieniach bawiących się, igrających z formą, puszczających do widza oko, powstała rzeczywistość sceniczna, która, jak mówi artysta na początku występu, „jest tylko wycinkiem pewnej przestrzeni". Dodałbym, że jest poważną, trudną rozmową z widzem.
Przedstawienie właściwie pozbawione jest scenografii. Rozgrywa się przy kotarach, w ściemnionym, mdłym świetle. Jeśli widz od początku „nie wejdzie" w tkaną na scenie opowieść, to odbiór stanie się prawie niemożliwy. „Eden" bezustannie skłania do zadawania pytań „po co" i „dlaczego". Dlaczego artyści nie patrzą sobie w oczy, dlaczego ich twarze są zastygłe, dlaczego, tańcząc w grupie, są osobno? W trakcie wielominutowej sekwencji cztery tancerki, opierając się na łokciach, pusto patrzą w stronę widowni. Są razem, jednak każda tańczy inaczej. Poruszają się w rytm dochodzących z głośników połamanych trzasków, szurania, szumów. Ich ruch również wielokrotnie się łamie. Nagle zanika płciowość, nie ma erotyzmu. Jest przypadkowy ruch, zespolenie, bijące serca tancerzy, wibrujące ciała. Pojedyncze rytmy próbują łapać rytm wspólny. To się jednak nie udaje. „Synchron" staje się niemożliwy. Każda tancerka, tancerz mimo tego, że tańczy w grupie, tak naprawdę jest „samością". Jak w życiu.
Oglądając spektakl w gdańskim klubie Żak, odniosłem wrażenie spotykania się w przestrzeni bezładnych ciał, niczym poruszonych kuł, toczących się po stole bilardowym. Tancerze i tancerki poszerzali przestrzeń scenicznego świata, działając za krzesłami widzów, wchodząc do kolejnej sekwencji spoza widowni. Znikali ze sceny po odegraniu partii, by za chwilę znów wejść w „przypadkowy" kontakt z partnerem.
Eden to ogród pierwszych rodziców, to miejsce największego dramatu ludzkości, to pierwszy kontakt kobiety i mężczyzny ze Złem. Zabrakło mi w „Edenie" biblijnego Edenu. Może błąd popełnił choreograf, odwołując się do Koranu, zamiast do oczywistej w tym przypadku tradycji chrześcijańskiej. Dlaczego sięgnął akurat po Koran? Słowo „Eden" stanowi przecież wyraźny komunikat, zawiera w sobie wiele istotnych informacji, niesie ważne treści.
I jeszcze najpiękniejsza scena tego spektaklu. W zmysłowym tańcu, ogarniając przestrzeń, porusza się para (Anna Steller i Leszek Bzdyl). Za chwilę on podejdzie do stojącej obok w cielesnym zamknięciu Innej kobiety i delikatnie położy podbródek na jej ramieniu. Jakby skruszony, rozdarty. Poprzednia kobieta, poruszona jego ruchem tańczy niezmiennie, tyle że już z kolejnym partnerem (Filip Szatarski). Wiele w „Edenie" podobnych scen, dotykających najgłębszych warstw naszej wrażliwości.
W swym cytowanym opisie Bergman puentował: „Nie wiem, jak mam to opisać. Wszystko powinno być ruchem, niemal rytualnym tańcem - lecz bez przerysowania. Może jak pawana dla zmarłej księżniczki". Zaś w jednym z manifestów twórcy Teatru Dada dodają: „Autorzy przedstawień Teatru Dada są przekonani, ze ich twory bywają mądrzejsze od nich samych, tak jak każda emanacja życia bywa mądrzejsza od tego, który próbuje ją opisać".
Eden – misterium ruchu i dźwięku, Michalina Młodecka
Klamrowa Gazeta Festiwalowa nr 3 (8) 2008
Spektakl znacząco różniący się od zaprezentowanych podczas tegorocznej KLAMRY. Spektakl bez dialogów, bez scenografii. Spektakl interaktywny. Reżyser „Edenu" - Leszek Bzdyl - stworzył dzieło proste w formie, ograniczając rolę aktorów jedynie do wykonywania spokojnych, swobodnych, opanowanych ruchów.
Rozpoczynające widowisko dźwięki wprowadzały w rajski nastrój, uspokajając i wyciszając. Delikatne brzmienia muzyki autorstwa Rafała Dętkosia i Grzegorza Welizarowicza zapraszały widza do uczestnictwa w wizji raju Dady von Bzdülöw. Na uwagę zasługuje ogromna świadomość własnego ciała aktorów. Każdy ruch wykonywany był bez pośpiechu, z niesamowitą precyzją. Trójka tancerzy, przemieszczając się z jednego rogu w drugi, tańczyła obok siebie, tworząc niby jedno ciało, a jednak każde z nich, poruszając się w inny sposób, stanowiło odrębną jednostkę, indywiduum, co podkreślał jeszcze dodatkowo brak kontaktu wzrokowego.
Leszek Bzdyl stworzył swe przedstawienie, czerpiąc z obrazu edenu wyłaniającego się z Koranu, nie z Biblii. Nie jest to zatem miejsce wiecznej szczęśliwości, a raczej świat duchów, świat bez czasu i przestrzeni. „Eden" nie należy do spektakli łatwych w odbiorze. Wydaje się być pozbawiony ciągłości zdarzeń, jakiegokolwiek sensu logicznego. Nie należy doszukiwać się w nim głębokich znaczeń. Wchodzi on w swoisty dialog z widzem, nie ukazując konkretnego problemu, nie poprzez stworzenie konfliktu dramatycznego, a raczej skłaniając odbiorcę do stawiania pytań, do szukania własnego raju - tu, na ziemi. Spektakl jest swoistym rodzajem terapii. Ważne było zatem, by od samego początku poddać się magii dźwięków i tańca, aby zdobyć się na wysiłek intelektualny i spróbować odpowiedzieć sobie na różnorakie pytania: Dlaczego brak jakichkolwiek elementów scenografii? Dlaczego artyści na siebie nie patrzą? Dlaczego mają skamieniałe twarze? Jakie znaczenie mają powtarzane układy taneczne?
Nie każdy jednak z obecnych na widowni dał się porwać w ten niezwykły, trwający 90 minut seans. Część publiczności nie potrafiła skupić się na powtarzających się elementach, można było dostrzec kilka wyraźnie znużonych osób. Pozostali natomiast z zainteresowaniem przyglądali się precyzyjnie przygotowanemu misterium ruchu scenicznego, jakie zaprezentował gdański teatr.
Eden – inaczej niż w Raju, Gazeta Teatralna Off-arta 1(7) 2008
Maria Miotk
Na początku był Eden, a w nim Ludzie, którzy nie musieli pracować, nie zaznawali bólu, nie wiedzieli co to tragedia i cierpienie.
Na początku, w Edenie, wszystko było takie spokojne i ułożone, nie istniała konieczność, ani potrzeba.
Na początku Eden był miejscem szczęśliwym, w założeniach miał przecież być sferą obcowania z Bogiem.
Na początku, w „Edenie”, pojawił się Leszek Bzdyl i czekał. Bóg nie przyszedł. Zresztą Leszek nie czekał na niego... w ogóle nikogo się nie spodziewał, po prostu czekał. Po nim przyszli następni. Ewy, które w swoim codziennym rajskim bytowaniu nie miały nic do roboty. Stały i zmieniały miejsce, kładły się lub przechodziły kawałek dalej. Po serii bardziej dynamicznego, równoczesnego ruchu, który pojawiał się znikąd, niczym nie powodowany, znowu stawały. Ich bezruch to nie zatrzymanie ruchu, to zastygnięcie w istnieniu. Bo na początku, w Edenie, ludzie tylko istnieli. Zresztą wszystko tam istniało, bo jakże mogłoby być inaczej. Jedynym co różniło rajskie byty żywe, od nieożywionych był ruch. Ruszały się zwierzęta i ludzie, a kamienie i rośliny trwały spokojnie na przydzielonych przez rajskiego architekta miejscach. Kobiety ruszały się więc, podobnie jak inne stada, trochę bez celu, bo nie znając zagrożenia, ani potrzeby nie musiały uciekać, bronić się, ani zdobywać. Czym więc różnili się ludzie w Edenie od zwierząt? Nie mieli jak wykazać się intelektem, ani rozumnością, nie musieli tworzyć techniki, ani kultury, nie krzywdzili bez powodu...
Na ślad odpowiedzi naprowadza solo Bzdyla i późniejszy ruch synchroniczny czterech tancerek: Kasi Chmielewskiej, Julii Mach, Ani Steller i Uli Zerek. W obu akcjach pojawia się oczekiwanie i element nudy. Tancerz leży bawiąc się swoim ciałem, wstaje, jakby podchodził do okna patrzy w dal. Podobnie spojrzenia tancerek to w jedną, to w drugą stronę przywodzą na myśl wypatrywanie. Nic się jednak nie zdarza, jeżeli ktoś dochodzi, lub odchodzi to nie wpływa to na pozostałych, tak jakby wychodził na chwilę, w swoich codziennych sprawach. Ludzie w Edenie są bierni, ich czekanie i nuda nie powoduje w nich reakcji, wydaje się tylko wywoływać jakąś tęsknotę. Niezrozumiałe dla nich samych uczucie, które zmusza do ruchu. Powoduje podejście do kogoś bardzo blisko i już wydaje się, że tancerze nawiążą kontakt, że urodzi się spojrzenie, że pojawi się dotyk, ale nic takiego się nie dzieje. Tak jakby nie stali obok innych ludzi, ale drzew czy skał.
Przerażająca jest ta wizja raju, w którym brakuje spotkania. Pomimo wielu scen, w których pojawia się kontakt fizyczny nie ma ani zainteresowania drugą osobą, ani emocji. Nawet gdy tancerze kładą się na sobie, podnoszą i dotykają nie widać, aby wywoływało to w nich jakieś uczucia. Do ostatnich chwil nie pojawia się żadne spojrzenie, które uratowałoby człowieczeństwo mieszkańców Edenu. Bo przecież ta tęsknota, kontakt i zrozumienie, pożądanie i spotkanie drugiej osoby odróżnia Ludzi od innych mieszkańców niebiańskiego ogrodu.
Ruch jest do tego stopnia bierny emocjonalnie, że całą tęsknotę, której można się domyślać, bardziej widać w zatrzymaniach i chodzie niż dynamicznych akcjach i partnerowaniach (mocny, fizyczny duet Ani Steller i Filipa Szatarskiego), do których impuls przychodzi ze sfery cielesnej – jest koniecznością biologiczną, a nie potrzebą duszy. Pod tym względem niektóre sceny, jak solo Kasi Chmielewskiej, czy wspólne przejścia po przekątnej sceny w gwałtownym, urywanym ruchu, kojarzą się z opętaniem. Wydaje się, że świadomość nie ma udziału w kreowaniu działań. To tęsknota za spotkaniem i kontaktem z innym powoduje, że ludzie Edenu czują pewien dyskomfort: kręcą się i przesuwają, jakby próbowali znaleźć swoje miejsce. W dalszej części spektaklu zaczynają wypróbowywać się: oto tancerz kładzie głowę na ramieniu tancerki i wodzi ręką po jej ciele, jakby próbował ją włączyć, uruchomić i odnaleźć. Ona odchodzi, po prostu przestaje stać w tym miejscu i znajduje inne. Nie ma to znaczenia.
Rodzi się podejrzenie, że mieszkańcy raju nie są ludźmi. Gestykulacja dwóch tancerek przywodzi na myśl poszukujące macki, początkowe partie taneczne przerywane są chodzeniem na czterech łapach, a Julia Mach w swojej solówce przypomina anioła. W Edenie jest inaczej, niż w raju, który sobie wyobrażamy. To nie wieczna radość, śpiewy w anielskich chórach i rozkwiecone łąki. Nikt nie czuje się tu ”jak w raju”. Eden to miejsce sterylne, wylęgarnia ludzkości. Dopiero po wygnaniu zrodzi się wszystko to, co nam, ludziom nie jest obce. Poznamy pragnienie i pożądanie, emocje i radości po upadkach. Eden to tylko nasza tęsknota za doskonałością, za szczęściem. Tęsknota, która po spełnieniu zaczyna uwierać i nudzić. Dlatego tancerze w końcu pojawiają się poza kręgiem światła, poza rajem. Eden to nie miejsce dla nas. Powinien na zawsze zostać celem i pragnieniem.
O naszym nieprzystosowaniu do Edenu świadczy chociażby muzyka. Pulsujące, dźwięki, kojarzące się z pękaniem bąbli na powierzchni wulkanicznej lawy, szybko znikają w świadomości. Momentami pojawiają się odgłosy jawnie nieładne, męczące skrzypienia i zgrzyty. Rzadkie bardziej melodyjne czy rytmiczne fragmenty są krótkim ukojeniem dla uszu. Muzyka Rafała Dętkosia i Grzegorza Welizarowicza nie jest do słuchania, to ciężki akompaniament, który szybko nuży. Tak ma być. Podobną jednorodnością charakteryzują się światła: nie ma zmiany barw, ani temperatury. Niekiedy jednak światło wydobywa ciekawe szczegóły: w jednym z końcowych przejść po przekątnej sceny światłocień i kolory strojów tancerek nabierają czysto rembrandtowskiego charakteru, zaś pierwsze ustawienie świateł przypomina „Nefes” Piny Bausch. Cały spektakl jest jednolity pod względem emocjonalnym, brakuje w nim akcentów, zaś duże zróżnicowanie ruchu od akrobacji i podnoszeń do niemal symbolicznej, ornamentalnej gestykulacji jeszcze bardziej mąci obraz.
Eden to ciężki spektakl; trwa około dziewięćdziesięciu minut, przed czym tancerze lojalnie ostrzegają. Przedstawienie jest trudne/nudne – zależnie od podejścia. Widz wyczulony, podatny na materiał do rozmyślań, wyjdzie w zadumie, a obraz Edenu będzie go prześladował. Kto jednak nie ma serca do trudnych tematów lub chce zobaczyć fajną choreografię może się znudzić.
Tancerze przed rozpoczęciem spektaklu wygłaszają prolog w trzech językach. Świadczy on o uniwersalności, ale też zapobiega wszelkiej próbie krytyki: Leszek Bzdyl mówi, że spektakl miał być radykalny, ale taki nie jest, że nie jest nawet odkrywczy. Mówi też, że nie ma początku, ani końca – w to mu nie wierzę. Eden co prawda istnieje już przed próbą jego interpretacji przez Dada von Bzdülöw i trwa po zakończeniu spektaklu, przeradzając się w myśli i wspomnienia widzów, ale sam spektakl nie daje uzasadnienia, żeby tak powiedzieć. Dokładnie wiadomo kiedy jest początek, a kiedy koniec. Ma też wstęp, bardzo długie rozwinięcie i wyraźne zakończenie, po którym następują brawa. Oklaski nie są zbyt burzliwe, publika jest za bardzo zmęczona, a Eden nie jest robiony na przebój.
|