Caffè Latte
Czerwona trawa
Faktor T
Kilka Błyskotliwych
Spostrzeżeń

Karnacja
Przed południem,
przed zmierzchem

Magnolia
so beautiful
Bonsai
Opus Pessimum
Barricade of Love
Eden
Strategia
recenzje/archiwum

Fragment

Sandra Wilk, Strefa Tańca
Gdyby ktoś chciał namalować obraz o najnowszym spektaklu Katarzyny Chmielewskiej musiałby sięgnąć do nasyconych barwami prac abstrakcjonistów albo kubistów. Albo jeszcze lepiej jako bazę kompozycji użyć rozsypanych puzzli. Bo cechą wiodącą choreografii Chmielewskiej są fragmenty emocji, ruchów, muzyki, z których można, choć nie trzeba, złożyć swój własny obraz. Ten obraz może być niepełny, może mu brakować niektórych elementów, kiedy nie mamy ochoty dopasowywać wszystkich części do siebie. Ale to nie oznacza, że będzie wtedy wybrakowany - Fragment to tylko elementy składowe posiadające same w sobie odrębną wartość artystyczną.
A więc nie dostajemy odpowiedzi. Sami, po omacku lub w przesterowanym świetle musimy poszukać naszych puzzli i ułożyć z nich mapę naszego obrazu świata. Jaki będzie? Pełny czy w kawałkach? Czy wiemy, czego pragniemy? Czy uda się zrealizować nasze marzenia? A może jeden z fragmentów zgubił się gdzieś bezpowrotnie...


Dialogus in conventione

Przemysław Gulda, Gazeta Wyborcza-Gdańsk
Taneczny traktat o miłości, niemal matematycznie wycyzelowany, ale zarazem pulsujący emocjami.
Krzysztof Górski, Gazeta Wyborcza-Gdańsk
Teatr Dada von Bzdülöw pokazuje nam taniec poruszający stopniem swej intymności - ruch bardziej wewnętrzny, niż ujawniający się naocznie, głęboko ukryty jak puls gdzieś pod skórą tancerzy. Spektakl budują mężczyzna i dwie kobiety ( Leszek Bzdyl, Magdalena Reiter i Katarzyna Chmielewska ) oraz dwie podstawowe siły - przyciągania i odpychania.
Podpatrujemy postaci ( czy można je jeszcze nazwać ludźmi ? ), którym udało się oczyścić z umysłu - ciałami ich kierują jedynie pragnienia, czy impulsy wypływające z najgłębszych tkanek. Najsilniejszym motorem jest tutaj pragnienie cielesnego połączenia, co obrazują sceny pobudzania przez mężczyznę piersi jednej z kobiet (zmysłowa a jednocześnie figlarna sekwencja ).
Dialogus in conventione to spektakl minimalistyczny, bez zbędnych "fajerwerków" naruszających czystość ruchu, ale dający widzowi chwile wytchnienia. Aby wejść z artystami Dady w dialog, musimy podjąć pewien wysiłek, stopniowo uczyć się niełatwego języka.
Scenografia Tomasza Krupińskiego i muzyka Wojciecha Mazolewskiego są w tym spektaklu równie ważne jak sam taniec. Faliste, mające otwarty charakter obiekty, formy łagodnie zagiętych metalowych murów Krupińskiego znów przypominają o podwójnej naturze ludzkich więzi. Z jednej strony sugerują otwarcie ( nowy człowiek to kolejny wszechświat, który może się przed nami odsłonić), ale wciąż są to przecież ściany, nawet kraty, które przywodzą ograniczenia związane z przyjaźnią czy też miłością.
Beata Aleksandra Kowal, Latarnik, 09.07.2001
Zawsze miałam nieodparte wrażenie, że prozę Gombrowicza – szczególnie tę z Trans-Atlantyku, Pornografii oraz fragmentów Dzienników czytać można jak opis scen baletowych. Gombrowicz doskonale wiedział, iż słowa nie oddają faktycznego stanu istnienia. W słowach podejmuje się próbę zbliżenia do rzeczywistości – ale wyrazić ją może jedynie gest. Najpierwotniejszy, bezpośredni i niezakłamany środek ekspresji.
Ta paralela nasuwa mi się zawsze, gdy oglądam teatr tańca. Tak było i tym razem – podczas "lektury" dwóch przedstawień przywiezionych przez Leszka Bzdyla na IV Międzynarodowy Festiwalu Tańca Współczesnego Ciało – Umysł.
Dialogus In Cinventione, którego koncepcję stworzyła Katarzyna Chmielewska jest przedstawieniem doskonale obrazującym świat, jaki opisał Gombrowicz: arenę, na której wzajemnie ścierają się ludzie, którzy próbują określić swoje "ja" poprzez wyrycie własnego piętna na innych, narzucenie własnego stylu. Światem rządzą zasady dominacji i podległości. Zobaczyć siebie – to znaczy przejrzeć się w czyichś oczach. Wykreować swój wizerunek to znaczy odcisnąć siebie na świecie. A świat to Inny.
Teoretycznie istnieje możliwość określenia siebie poprzez łagodną współpracę z Innym: wzajemne poświęcenie, wymianę ekspresji, próbę odszukania wspólnego mianownika. Jednak natura ludzka nie należy do łagodnych – pierwotnym instynktem jest walka o przetrwanie. Celem człowieka jest takie ukonstytuowanie swego "ja", by nikt z zewnątrz nie mógł nim zachwiać. Paradoksalnie – "ja" można ustanowić tylko w oparciu o Innych. A Inny może ukonstytuować siebie w oparciu o nas. Kto silniejszy. O tym opowiada Dialogus. Trzy postaci próbują sobie wzajemnie narzucić swój odrębny byt. Początkowo jedna z nich (Katarzyna Chmielewska) jest jakby obok tego świata. Bada zakres swoich możliwości – łamie ciało, mierzy się z nim – jakby dokonywała autoeksploracji. Jest pochłonięta sobą – i ten mikrokosmos zdaje się jej wystarczać – do czasu. Zobaczy w końcu dwoje pozostałych protagonistów, z których On jest zdecydowanie zdominowany przez Nią. Cała trójka będzie odtąd podejmować kolejne próby wyznaczenia granic świata, zakreślenia własnej autonomii i narzucenia swoich warunków innym istnieniom. Środki są rozmaite – od powtarzanego z odległości ruchu, aż do całkowicie dosłownego, fizycznego usiłowania narzucenia Formy Innemu. (Czyli dosłowna próba "wbicia się" w ciało adwersarza).
Nie będę się siliła na próby opisania tego spektaklu – jestem zwolenniczką tezy, ze słowo jest wtórne wobec ruchu i nie posiada potencjału zakreślenia niezafałszowanego obrazu (Chyba, że jest się Gombrowiczem). Mogę napisać jedno: doskonały warsztat i wyrazista osobowość Katarzyny Chmielewskiej zdystansowała partnerów. Zresztą dominacja Chmielewskiej nie ograniczyła się jedynie do fabuły przedstawienia – również ja, widz spektaklu, byłam pod jej silnym wrażeniem.


Uff...!

Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski

(Łódzkie Spotkania Teatralne) Poruszenie i osobiste refleksje widzów wywołał właściwie tylko jeden spektakl - Uff...! gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw, pokazany poza konkursem w cyklu "Prezentacje" (dokonań mistrzów sceny alternatywnej). Dwoje aktorów (Leszek Bzdyl i Aurora Lubos) językiem ruchu i tańca opowiedziało o toksycznym związku pary, która choć się nienawidzi, nie potrafi istnieć bez siebie. Taneczna "walka płci", ale w perfekcyjnej, pozbawionej czułostkowości formie.
Grzegorz Janikowski, Życie

Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski
Nie zawiódł również gdański Teatr Dada von Bzdülöw, co nie było zaskoczeniem, bowiem to jedna z najlepszych firm w Polsce. Spektakl Uff...! to kameralna opowieść o stopniowej degeneracji miłosnego związku kobiety i mężczyzny, a zatem z pozoru historia, jakich znamy dziesiątki, a nawet setki. Jednak twórcy i wykonawcy - Aurora Lubos i Leszek Bzdyl - ową banalną opowieść nasycili taką dawką emocji i tak wielką prawdą psychologiczną, że wiedzie to ich spektakl w stronę sztuki najwyższej. A traumatyczne przeżycia stają się udziałem nie tylko bohaterów, lecz także zapewne niejednego z widzów. Niejeden bowiem mógł w nim odnaleźć siebie.

Joanna Krupa, Opcje
Najdalej w kierunku teatru wyprawił się w swoim spektaklu Leszek Bzdyl. Wspólnie z Aurorą Lubos pokazał w Kaliszu kompozycję Uff..!., której cechą charakterystyczną było całkowite podporządkowanie materiału tanecznego dramaturgicznemu rozwojowi akcji. Trudno znaleźć w całym duecie momenty, w których taniec istnieje tylko dla samego tańca. Właściwie można nazwać tę dwójkę po prostu aktorami. W ich wykonaniu beznadziejna sytuacja zmęczonej związkiem pary staje się dla widza wręcz namacalna. Wszystkie małe uszczypliwości, złośliwości i obojętność, wygrane przy pomocy intensywnego i niezafałszowanego ruchu, są w stanie wywołać wręcz fizyczny ból u odbiorcy.

Edyta Hajduk, Didaskalia     
Ostra niemelodyjna muzyka ( zespołów: Ewa Braun, Mordy, Mapa, Tricky ) koresponduje z szybkim i bardzo emocjonalnym tańcem, który jest próbą stworzenia własnego alfabetu. Świetnym technicznie i w dodatku zręcznie połączonym ze swobodnym, naturalnym ruchem. Spektakl Uff...! bardzo szczery i wnikliwy, kreuje wyraźną, choć wcale nie prostą sytuacje między kobietą a mężczyzną. Precyzja tego sadomasochizmu psychicznego wydaje się aż laboratoryjna. Oszczędna scenografia: niziutki stolik z dwoma kieliszkami, wisząca lampa oraz parawan w kącie. Aurora Lubos i Leszek Bzdyl ( twórcy i wykonawcy choreografii ) pokazują ludzi, którzy mają siebie już dość, ale być bez siebie też nie mogą. Każdy ich gest podszyty jest agresją. Jakby nienawiść przyciągała ich jeszcze bardziej niż miłość. Ona próbuje przytulić się do niego, ale on z pełnym satysfakcji uśmiechem odpycha ją. Silny, spokojny prowokuje ją samozadowoleniem i obojętnością. Ona ma w oczach żal i oskarżenie, całe jej zachowanie podszyte jest lękiem, że zostanie uderzona. Ale to też element gry czy raczej walki. To jej sposób na psychiczne znęcanie się. Postawa pełna obawy jest bronią, nieustawicznym wyrzutem, ciągłym udowadnianiem, kto jest gorszy.
(... ) Mężczyzna siedzi goły na krześle, rozluźniony, oklapnięty, z opuszczoną głową. Spokojny. Krzesło ma bardzo szerokie oparcie, wygląda jak łóżko w skrócie perspektywicznym. (... ) Dopiero końcowa nagość ujawnia jego słabość. To obraz nie tylko niemożności seksualnej, ale ludzkiej niemożności porozumienia. Koniec miłości i namiętności. Pozostały tylko frustracje i szarpanina. Nie ma tutaj fabuły, jest to przekaz wydestylowanych namiętności. Dramatyczny, wyjątkowo spójny, wartki, zwięźle opowiedziany. Bez zbędnych chwil. Podejmuje temat wytarty, ale istotny i mimo wszystko wciąż chyba najbardziej interesujący. Trudna i przemyślana choreografia jest doskonale wykonana przez tancerzy.

Beata Aleksandra Kowal, Latarnik, 09.07.2001
Uff...! to opowieść o toksycznym związku miłosnym, którego istotę wyznacza dążenie do zniszczenia partnera, zawłaszczenia jego ciała i duszy. Nie w sensie posiadania – to dążenie zostało już zrealizowane. Jesteśmy świadkiem zawłaszczania reszty godności, autonomii, woli. Świadkami desperackiej walki kobiety o ocalenie odrobiny "ja". Na próżno.
To mogłaby być poruszająca historia. Ale powolne odzieranie psychiki z jej prywatności - wiwisekcja wzajemnych oskarżeń, niszczenie uczuć i więzi domaga się subtelnych środków. Uff...! natomiast skonstruowany był na zasadzie ciosów – nie zawsze celnie wymierzonych. W przedstawieniu granym z rozmachem, odrobinę przeformalizowanym zagubił się kruchy element psychiki, która przecież stopniowo ulega degradacji. Najboleśniejsze jest powolne niszczenie miłości i zaufania.
Uff...! to potknięcie, które nie zmienia faktu, że teatr tworzony przez Leszka Bzdyla jest zjawiskiem nie tylko estetycznym. Cenię bardzo, że w obu przedstawieniach piękno ciała zostało usunięte na dalszy plan. Bzdyl chce opowiedzieć o mechanizmach rządzących naszymi namiętnościami; o naszym podstawowym, pierwotnym poziomie istnienia. Poprzez ciało – warsztat, na którym pracuje, doskonale definiuje podstawowe zagadnienia.
Okrutny ten świat Bzdyla, ale bliski prawdy.


Drop Dead Gorgeous

Stephanie Freguson, The Guardian
W podnoszących się chmurach pyłu zataczają się, ślizgają i upadają na rumowisku, które kiedyś było ich miastem... Charlotte Vincent i jej pięcioro towarzyszy, żyją i umierają pośród horrorów wojny w tej przyciągającej uwagę koprodukcji z Teatrem Dada von Bzdülöw z Gdańska.
Przykre w oglądaniu i bolesne do zagrania, jest to wołanie serca, które, niezależnie od miejsca konfliktu (Bośnia, Kosowo, Rwanda, Afganistan), pokazuje nieposkromione męstwo ludzi starających się zwyciężyć, bez względu na to, jakie mają szansę. Ściana z poplamionych krwią desek wznosi się w zdradzieckim pobojowisku roztrzaskanych kamieni i murów. Tancerze uchylają się przed padającym przez audytorium obstrzałem snajperów. Ustawiają się w linii pod ścianą, trzęsąc się i bojąc, a potem przedstawiają tupaniem, wściekłymi kopnięciami na boki dziwny chór, jakby atakujący podżegaczy wojennych.
To prowadzi do żartobliwego swawolenia do rytmicznej, głębokiej w brzmieniu muzyki, pokrzykiwań i wycia. Flirtują i bawią się, kobiety zadzierają w górę sukienki i obnażają pośladki. Akcja koncentruje się wokół, na oraz ponad ścianą, za którą znajduje się coś okropnego. Obrazy wciskają się do głów niczym nisko latający samonaprowadzający się pocisk. Tancerze wiją się, podziurawieni jak sito kulami, krzyczą i umierają na niezliczoną ilość sposobów. W pewnym momencie, polski tancerz Leszek Bzdyl zostaje zastrzelony przy palu egzekucyjnym.. W innym, TC Howard knebluje się sama sznurem, którego pozostałą częścią okręca się wokół ciała tak, że w końcu zwisa bezwładnie. Wszystko to jest bardzo ponure, ale taka jest wojna.
Być może za długie i przypominające kazanie dla neofitów, Drop Dead Gorgeous jest zagrane z wielkim zaangażowaniem i stanowi znaczące wołanie o pokój.


W Błogosławionym nawiasie

Krzysztof Górski, Gazeta Wyborcza-Trójmiasto

Oglądając taniec Magdaleny Reiter, a później włączony w spektakl film, miałem wrażenie, jakby ktoś uruchomił taśmę z zapisanym na niej życiem kobiety.

Anna Malcer, Dziennik Bałtycki 
Początkowo bardzo statyczny układ zmienia się w spacer ulicami, pociemniałymi od ludzkiego mrowia lub pustymi w sierpniowe niedziele. Tancerka bada ślady, odgłosy, materię życia, sama będąc jakby osobno, obok, dosłownie w Błogosławionym nawiasie. Na scenie niby nic się nie wydarza, lecz to, co się dzieje wokół, zostało zarejestrowane w ruchach tancerki jak na taśmie magnetofonowej czy kliszy filmowej.


Pokój do wynajęcia

Bratumiła Pawłowska, Życie
 
Kultowy teatr Leszka Bzdyla, Dada von Bzdülöw ma już osiem lat. Grupa kojarzona przede wszystkim z teatrem ekspresji i pojmowanym na rozmaite sposoby ruchem , tym razem zaskakuje. Pokój do wynajęcia, specjalnie dla Dady napisał nie kwestionowany trójmiejski mistrz przewrotnego humoru, Dariusz Bazaczek. Tutaj już nie "tylko" ruch jest przekaźnikiem, ale słowo w tradycyjnie skrzącym się, ironicznym, absurdalnym dowcipem tekście Bazaczka.
Oto młoda Luzanna przyjmuje do swego pokoju lokatora Eutanazjusza - niedoszłego "poetę czy też malarza". Wśród sennych wizji i żartobliwych sytuacji rodem z kabaretu rodzi się uczucie. Wyczyszczony z mebli pokój staje się świetnym tłem do opowieści o dwojgu "ludzi z nikąd", których życie jest podobnie "nieumeblowane"; trochę puste, samotne.
(…) Ton tej dowcipnej, choć momentami dłużącej się sztuce, nadaje Leszek Bzdyl. Po wielkiej kreacji w gdyńskiej inscenizacji Niezidentyfikowanych szczątków ludzkich ten tancerz, który coraz częściej sprawdza się w roli aktora, jest w doskonałej formie. Poczucie humoru w każdym geście i mimice, kpiarski dystans do swojego patetycznego bohatera ( świetnie rozegrana scena umierania ) - Bzdyl jako Eutanazjusz jest niezrównany. Kroku dotrzymuje mu Patrycja Kujawska (...). Aktorka umiejętnie wyczuwa komiczne "smaczki" tekstu, subtelnie zabarwiając je nutką liryzmu.
Trzecim bohaterem Pokoju do wynajęcia jest Szczur, czyli Wojciech Mazolewski i jego szalone improwizacje na gitarze elektrycznej, ciekawie komentujące historię przez cały czas jej snucia.


\ Si \

Bratumiła Pawłowska, Życie

\ si \ w choreografii Chmielewskiej można interpretować jako chęć "ucieleśnienia" dźwięku czy też ukazania symbiozy dwóch odmiennych form ekspresji - muzyki i ruchu. Chmielewska z właściwym sobie skupieniem i dbałością o każdy szczegół, kontrolująca drganie każdego mięśnia, jest nie tylko tancerką. Na jej twarzy raz po raz pojawia się przekorny grymas; uśmiecha się ona do nas zadziornie, a jej ciało zastyga w niepokojącym bezruchu. Clou tej krótkiej, bo ledwie dwudziestominutowej improwizacji, jest osobliwy "taniec pleców" okazuje się, że ta część ciała potrafi, przynajmniej w wydaniu Chmielewskiej, zagrać pełen napięcia teatr !

Edyta Puchalska, Trójmiasto
Widz zdany na własne skojarzenia w warstwie tematycznej, nie ma wątpliwości w kwestiach technicznych - tancerka jest perfekcjonistką w każdym szczególe ruchu. Choreografia robi wrażenie. Można by ją nazwać "strukturą kryształu" lub "stąpaniem po szkle" - to kwestia skojarzeń. Pewnym jest, że kostium tancerki i rekwizyt w postaci stosu "kryształów" pasują do siebie. Życie rozsypuje się niczym przezroczyste kawałki plastiku, pozostaje czas kołyszący naszym ciałem niczym wahadłem zegara. W bezszelestne stąpanie po szkle wkradają się intrygujące "dźwięki" Wojciecha Mazolewskiego. Gdy gra każdy mięsień ciała tancerki, muzyka i profesjonalne oświetlenie są bardzo ważne. Tu tworzą całość.

Barbara Świąder, Gazeta Wyborcza
Mazolewski łapczywie śledzi każde drgnienie ciała tancerki. Ta z kolei zdaje się podążać za każdym dźwiękiem jego kontrabasu (improwizacje Mazolewskiego są rewelacyjne !). Nie wiadomo do końca, kto za kim wędruje. Synchronizacja, a raczej symbioza tańca i muzyki jest tu idealna.
\ Si \ to subtelny spacer po odcieniach emocji. Jest szalenie oszczędny, esencjonalny. Nie ma tu niepotrzebnych gestów ani ruchów. Chmielewska (w pięknym kostiumie Katarzyny Piątek) ma w sobie skupienie tancerza butoh. Tańczy prawie wyłącznie rękoma, głową i plecami (piękna sekwencja z podświetlonymi mięśniami). Jej ruch ma w sobie jakąś dostojność.


Uwaga

Katarzyna Gruszczyńska, Głos wybrzeża
Na kolana powalił spektakl w choreografii Magdaleny Reiter. Tańczyli Leszek Bzdyl, Katarzyna Chmielewska i Magdalena Reiter. Ten zgrany trójkąt zawładnął wyobraźnia i uwagą. W choreografii nie było miejsca na żaden niepotrzebny ruch. Bzdyl, Chmielewska, reiter doskonale wiedzieli, co chcą osiągnąć.


Apartament no 7

Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski

Dominuje tu naturalność ruchu i gestu, co jest o tyle zrozumiałe, iż przedstawienie oparte jest - niczym muzyczne rondo - na powtarzalności zwyczajnych, chciałoby się rzec: banalnych czynności i zachowań. I - rzecz ciekawa - całość nie nuży. Troje tancerzy i choreografów zarazem - Leszek Bzdyl, Patrycja Kujawska i Magdalena Reiter - sprawia, iż nawet zwyczajność i powtarzalność mogą być interesujące.

Mirosław Haponiuk, Gazeta w Lublinie
Bardzo interesująco ewoluuje, najbardziej literacki z polskich teatrów tańca. Teatr Dada von Bzdülöw z Gdańska. O ile niegdyś teatr Leszka Bzdyla ekscytował przede wszystkim mnożeniem dadaistycznych skojarzeń i celnym wyczuciem purnonsensu, o tyle teraz zbliża się ku dużo bardziej oryginalnym, a zarazem podstawowym poszukiwaniom.
Premierowy spektakl Apartament no7 Teatru Dada stał się dociekliwym studium ludzkiej ekscentryczności. Leszek Bzdyl i tancerki z jego zespołu odnajdują źródła nieprzewidywalności, dziwactwa w banalnych ludzkich zachowaniach. Tancerze wychodzą z prostych, dobrze nam znanych gestów i sytuacji, by pójść za nami jak najdalej - w krainę absurdu.

Mirosław Haponiuk, Na przykład
W tym apartamencie wszystko się może zdarzyć: publiczne miesza się z intymnym, a kulturowa poza z fizjologią.


Komedia w dawnym stylu albowiem nic się nie z-DaDa-rza

Monika Brand, Gazeta Morska

Komedia w dawnym stylu zachwyciła swą formą i bezpretensjonalnością. Naszą wrażliwość wystawiono na próbę, każąc znaleźć się między łomotem grającego na żywo transowo-rockowego zespołu Chlupot Mózgu, tekstem Milana Kundery przemawiającym z ekranu i tańcem do upadłego trzech Vincentów (Leszek Bzdyl, Mariusz Jędrzejewski, Wojciech Kolesiński). Ten muzyczno-teatralny happening, w którym Hrabina de T. (Katarzyna Chmielewska) zmaga się w samotności ze swoim ciałem, a Julia (Milena Rewińska) delikatnym gestem znaczy swoją samotność, zamknięta w aluminiowej klatce opowiedział mi o człowieku i jego wrażliwości. Zgiełk wywołany przez Chlupot Mózgu, bełkot wydobywający się z głośników i tańczący swoje emocje aktorzy Dada, to była sama prawda. To mnie poruszyło, wzruszyło i rozbawiło.
I za tę Komedię dziękuję. Zwłaszcza za jej niespodziewany sentymentalny finał podkreślony cudną starą piosenką.

Janusz R. Kowalczyk, Rzeczpospolita
Spodobało się też widzom widowisko Komedia w dawnym stylu Teatru Dada von Bzdülöw z Gdańska. Punktem wyjścia dla twórców - choreografia i reżyseria Katarzyna Chmielewska i Leszek Bzdyl - była muzyka zespołu Chlupot Mózgu. Dla mnie słuchacza Radia Classic, decybele na żywo wydobywane z elektroniczno-perkusyjnych instrumentów przerastały możliwość odróżnienia jakiejkolwiek linii melodycznej.


Łapiti kontra reszta świata

Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski
Dwa są główne powody, dla których wysoko sobie cenię gdański Teatr Dada von Bzdülöw: kunszt taneczny i choreograficzny Katarzyny Chmielewskiej oraz to, że zespół Leszka Bzdyla nie daje się zamknąć w swoistym "getcie" opatrzonym tabliczką "teatr tańca", lecz stara się penetrować także inne obszary. Pierwszy powód jest oczywisty - Katarzyna Chmielewska jest fenomenalną tancerką, równie dobrze czującą się we wszystkim, od baletowej klasyki poczynając a na tańcu opartym na ruchu naturalnym kończąc. Jest też choreografem o niezwykłej inwencji i wyobraźni. Powód drugi wynika z głębokiego przekonania, że najciekawsze rzeczy w teatrze powstają gdzieś na styku rozmaitych obszarów, konwencji i tradycji.
Wszystko to, o czym napisałem powyżej, możemy odnaleźć w spektaklu Łapiti kontra reszta świata. Przedstawienie inspirowane Czerwoną trawą Borisa Viana i Tako rzecze Zaratustra Friedricha Nietzschego, jest połączeniem współczesnego baletu z pewnymi elementami teatru dramatycznego, w tej odmianie, którą zwykło się zwać alternatywą. Przenosimy się do wykreowanego przez Gramofonissimę Jao (Patrycja Kujawska) świata kobiecych przeżyć i namiętności Do owego świata próbuje przeniknąć - niczym Snaporaz u Felliniego - tytułowy Łapiti (Leszek Bzdyl), mężczyzna mieszkający w skrzyni. Próbuje bezskutecznie, albowiem owa rzeczywistość okazuje się być oddzielona nieprzekraczalną barierą. Świat Ezry (Katarzyna Chmielewska), Ennoi (Anna Steller ) i Sophii (Bożena Zezula) pozostaje niezrozumiały dla Łapitiego, nawet gdy tajemnica kobiecości pozornie zostaje odsłonięta, zaś sam bohater przebierze się w suknię. Wciąż jest to świat obcy, tak jak dla każdego normalnego mężczyzny obcy jest feminizm. Może to dla tego przedstawienie irytuje recenzentki...
Jednak nie owa warstwa treściowa, intelektualna, traktująca o sprawach może nie fundamentalnych, ale z pewnością dziś istotnych, jest największym walorem spektaklu. Nie sposób obojętnie patrzeć na świetną choreografię Chmielewskiej oraz warsztatową biegłość i wykonawczą precyzję tancerek. Okazuje się oto, iż najprostsze, z pozoru zwyczajne gesty mogą nagle odsłonić ukryte znaczenia. Każą na nowo spojrzeć na istotę tańca.


Sonata

Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski, 15.11.98

Gdański Teatr Dada von Bzdülöw powszechnie kojarzony jest z osobą jego twórcy - aktora, tancerza i mima, Leszka Bzdyla. Można było tedy oczekiwać, że w spektaklach zaprezentowanych w ramach lubelskiego festiwalu to on wystąpi w roli głównej. Było jednak inaczej.
Było i nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli bowiem ma się w zespole taki skarb, jak Katarzyna Chmielewska - to jest rzeczą naturalną, że eksponuje się go jak tylko można. Dwie zaprezentowane miniatury - Sonata oraz Ojciec - są wielkim popisem kunsztu znakomitej tancerki.
Ogromne wrażenie wywiera zwłaszcza Sonata w choreografii Chmielewskiej. Mamy tu do czynienia z całą gamą nastrojów, od pełnego spokoju wyciszenia, po gwałtowną emocję. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dane jest nam, widzom obcować z intymnością tancerki. Sam Bzdyl świadomie usuwa się niejako na drugi plan. Tam jednak nie pozostaje niewidoczny. Dyskretnym ale wyrazistym aktorstwem dopełnia niezwykły taniec Chmielewskiej.
Dwie przedstawione miniatury nie są zapewne najbardziej typowymi wizytówkami gdańskiego teatru. Są dość oszczędne w doborze środków, niewiele w nich wyrozumowanej literackości. Odwołują się raczej do emocji i wrażliwości widza. Zmuszają do poddania się nastrojowi chwili. Zobaczyliśmy teatr tańca w jego czystej postaci. Dobrze się stało, że mieliśmy tę możliwość.

Mirosław Haponiuk, Gazeta Wyborcza
Interesujący program zabarwiony stylowym pure nonsensem program przywiózł do Lublina Teatr Dada von Bzdülöw. Już przed rokiem widzieliśmy w wykonaniu tancerzy z Gdańska spektakle bardzo pomysłowe. W tym roku specyficzne poczucie humoru Leszka Bzdyla zyskało na klarowności i lekkości. W dodatku świetne pomysły teatralne ucieleśniły się w umiejętnościach tancerzy.


Pawana na cześć Miłości

Robert Utkowski, Miesięcznik Prowincjonalny
Nowym zjawiskiem polskiej sceny jest działalność grupy Dada von Bzdülöw, która zmieniła swoje oblicze a jej twórcy poważnie zainteresowali się tańcem - tworząc elektryzujące spektakle: m.in. Sonatę czy Pawanę na cześć Miłości.
Sandra Wilk, Życie
Na wyobraźnię silnie oddziaływało też przedstawienie Pawana na cześć Miłości w wykonaniu Teatru Dada von Bzdülöw; spektakl magia, spektakl, w którym historia nie jest zwerbalizowana, nie unaocznia się, może zostać jedynie odczuta. Tę opowieść odbiera się w jakiś przedziwny, zmysłowy sposób, wędrując poprzez barwy, dźwięki i obrazy, które łącząc się ze sobą tworzą nowy walor estetyczny. Przy okazji na scenie kicz łączy się z patosem, w stylizowany biblijny tekst wpisane zostają trywialne treści, liryzm sąsiaduje z okrucieństwem, pojawiają się intertekstualne wycieczki, cytaty i pastisze. Oprócz scen "znaczących" grane są także obrazy wyreżyserowane wyłącznie po to, by je "wyglądać" nie dochodząc znaczenia; sztuka dla sztuki. Jeżeli tak wygląda postmodernizm w teatrze, to jest to wybuchowa mieszanina, interesująca i inspirująca.

Barbara Świąder, Gazeta Morska
Wielotworzywowa Pawana na cześć Miłości jeszcze głębiej penetruje okrucieństwo związków międzyludzkich. Mężczyźni z klapkami na oczach ( dosłownie ) oglądają kobiety jak zupełnie nie znane im zjawisko. W swoistym laboratorium czułości nieudolnie próbują zbadać kobiecość, odnaleźć się w niej. Każdy z bohaterów Pawany ma sobowtóra. Bliźniacze pary znęcają się nad sobą - duszą, strzelają z łuku, rzucają złotym samolocikiem z papieru - mordują się nawzajem po wielokroć, zabijają własne alter ego. Ich relacje charakteryzuje surrealistyczny dialog ekscentrycznych sióstr kokainistek (Copi). Obok niego w spektaklu Dady pojawiają się także fragmenty tekstów Sextusa Propertiusa o dwojgu idealnych kochanków. Para grana przez Bzdyla i Milenę Rewińską nie spotyka się jednak w żarliwym uniesieniu, ale siedzi sztywno obok siebie. Męskość i kobiecość pozostaną osobne.

Beata Czechowska, Głos Wybrzeża
Największe brawa i uznanie publiczności zdobyła Pawana na cześć Miłości, rzecz o świecie, w którym mężczyźni walczą, z klapkami na oczach, a kobiety śpią niezdolne do dawania miłości: "Tak wiele wzniosłych słów wypowiadamy w świetle lamp, a tak wiele wojen się toczy, kiedy światła gasną". Miłość pokazana jako walka i miłość niby romantyczna, kiedy zbyt często wypowiadane te same słowa, tracą rangę i znaczenie. Mężczyźni ( Źrebięta ) walczyli... papierowymi samolocikami


Człowiek, który kłamał - na przykład Heiner Müller

Paweł Goźliński, Życie
Nawet jeśli Dada rozpętuje na scenie piekło artysty, którego zadręczają jego własne postaci, to nie ma żadnego znaczenia, że chodzi o Heinera Müllera, że odtańczeni zostają bohaterowie jego dramatów. Ich taniec nie potrzebuje komentarza, broni się sam. Jest konsekwentnie rozwichrzony, umyka rygorom jakiegokolwiek stylu, wymyka się opisowi, wikła sam w sobie

Magdalena Gołaczyńska, Odra
Za oryginalność formy nagrodzono na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych teatr tańca Dada von Bzdülöw, jedyny młody zespół, który wystąpił na tradycyjnej scenie "pudełkowej". Artyści nie czynią różnicy między aktorem i tancerzem, badając w ten sposób możliwości własnego ciała i wieloznaczność przekazu. Przewrotnie oświadczają, że ich nie zorientowana społecznie aktywność jest bezproduktywnym marnowaniem energii. Dada to kolejna grupa, która z dobrym skutkiem wykorzystuje zdobycze światowego teatru, otwierając być może nowy rozdział w polskim teatrze alternatywnym.

Krzysztof Sielicki, Teatr
Z cywilizacyjnego spleenu wyrosło wysmakowane "postmodernistyczne" zdarzenie Teatru Dada von Bzdülöw. Leszek Bzdyl wbrew drukowanemu w programie manifestowi nie odgrzał na szczęście niegdysiejszych dadaistycznych pomysłów a zaproponował seans, niełatwo dający się przypisać do jakiegoś gatunku. Ale nie określenia są tu najważniejsze, lecz nastrój i rytm, w jaki wprowadzono widzów.

Izabella Pluta - Kiziak, Czas Kultury
Dla twórców gdańskiego Dada von Bzdülöw ciało jest podstawowym środkiem ekspresji. Wykonawcy Dada sięgają często w swych poszukiwaniach do teatru tańca przywiązując dużą wagę do dynamiki ruchu. Ich realizacje są połączeniem różnych elementów: techniki tańca, pantomimy, gry aktorskiej. Leszek Bzdyl, reżyser i choreograf, traktuje je jako nierozłączne w fakturze w fakturze swych widowisk.


Nie było, nie będzie czyli nie ma

Joanna Chojka, Gazeta Morska

Absolutnym odkryciem była dla mnie druga choreografia teatru Dada von Bzdülöw. Spektakl Nie było, nie będzie czyli nie ma to - rozegrana przy pomocy jarmarczno-cyrkowych rekwizytów - historia oswajania mechanicznej lalki o kanciastych ruchach, przez kogoś, kto przyjął maskę sentymentalnego Pierrota, nauczyciela uczuć, by potem brutalnie odrzucić. Dlaczego nie ma miłości ani dobra, tłumaczy opowieść o chłopcu odartym ze skóry, swoisty manifest okrucieństwa, dla którego pointą jest ironicznie infantylny taniec w stylu amerykańskich music-halli pod melodię I like Chinese. To bardzo dojrzałe i odważne przedstawienie, którego siłą stał się przede wszystkim kontrapunkt, uczyniło mnie wielbicielką Leszka Bzdyla. A Katarzynę Chmielewską nie waham się nazwać największą indywidualnością gdańskiego przeglądu.

Anna Maćkowska, Gazeta Morska
Swoista podróż pomiędzy absurdem a mrocznym dramatem. Jej zewnętrzna, czysto plastyczna warstwa nawiązuje do tradycji clownady i estetyki cyrku. Ale już od pierwszej sceny ujawnia się wyraźna przepaść pomiędzy pozorną niefrasobliwością formy a kryjącą się pod nią treścią. Początkowo komiczna Gersomina ( Patrycja Kujawska ) przeistacza się w despotyczną heterę, bezlitośnie pomiatającą swoim "ukochanym" szczudlarzem (Radosław Hewel). Groteska osiąga apogeum, gdy konferansjer (Leszek Bzdyl) opowiada ciepłym głosem makabryczną "Historię o chłopcu bez głowy", po której zaraz następuje wielki finał odtańczony w takt piosenki I like Chinese (filmowego przeboju grupy Monthy Pyton).
Niewinność zachowuje jedynie postać Kobiety (odtwarzana przez Katarzynę Chmielewską), może dlatego, że jest ofiarą tego cynicznego świata. Mimo to tańczy tak jakby chciała zaświadczyć, że prawdziwe piękno zawsze zachowuje swoją czystość. Każdy jej ruch jest perfekcyjny - od płynności klasycznych gestów do precyzji mechanicznej zabawki. Katarzyna Chmielewska jest kimś więcej niż tylko doskonałą tancerką. Ma w sobie światło, które sprawia, że jej postać na długo zapada w naszą pamięć.

Antje Strubel , Potsdamer Neueste Nachrichten , 7.05.1998
Opowieść Nie było, nie będzie, czyli nie ma to teatralne widowisko, w którym przeplata się taniec, pantomima, tekst, clownada... Ich historia o miłości utrzymana jest w tonie komedii dell'arte, skontrastowanej z czarnym humorem turpistycznej anegdoty i sypiącym się po scenie pop cornem. Jedna z aktorek rzeczywiście tańczy ( przepięknie ), druga jest jak żywcem wzięta z najlepszego cyrku, aktor chodzi na szczudłach, gra się tu na trąbce i akordeonie, a w finale wszyscy stepują i mamy rewię. Jeden z najpiękniejszych pomysłów tej inscenizacji to "ognisko domowe" - krąg ułożony ze sztućców.
Ewa Obrębowska-Piasecka, Gazeta Wielkopolska
Kocham teatr wschodnioeuropejski - powiedział ktoś, specjalnie na UNIDRAM przybył z Irlandii. "Oni oddają się temu cała duszą". I należy to przyznać po obejrzeniu przedstawień Teatru Dada von Bzdülöw we wtorkowy wieczór.
(...) W Lindenpark wystąpił Teatr Dada von Bzdülöw z Gdańska i pokazał m.in. Nie było, nie będzie, czyli nie ma. Scena jest pusta. Po cyrkowej zapowiedzi na scenie pojawia się tancerka w czarnym kostiumie, człowiek - maszyna, która w trakcie sztuki ujawnia wszystko, co w tańcu może być kanciaste. Szczudlarz przemierza scenę jak olbrzymia szarańcza. Pani Clown rozsypuje pop-corn.
Czterech ludzi samych dla siebie. Pierwsze sceny kreują pewne idee, które z czasem mieszają się ze sobą a zakończenie przekształca się w jednolity taniec.
Dada pokazuje również to, co teatr wschodniej Europy wytworzył w latach 80-tych - absurd, ale jak się okazuje nie pozbawiony znaczeń. U nich ujawnia się niesamowita radość gry.


Wyrywacz serc, czyli balia hańby

Dariusz Szreter, Balia w Ratuszu, Głos Wybrzeża, marzec, 1996
Wybierając się na przedstawienie zadawałem sobie pytanie w jaki sposób zespół Bzdyla za pomocą samego tylko gestu scenicznego zmierzy się z prozą Viana. Wychodziłem z Ratusza Staromiejskiego z tymi samymi wątpliwościami. Trudno mi było pozbyć się wrażenia, że odwołując się do Wyrywacza serc Viana Bzdyl zażartował sobie w sposób podobny do Francuza, który nadał tytuł Jesień w Pekinie powieści, ani słowem nie wspominającej o jesieni czy stolicy Chin. Cóż bowiem ma wspólnego Wyrywacz serc, powieść o wynaturzeniach nadopiekuńczej matki, ze spektaklem, w którym młodzieniec o cechach, jak powiedziałby Witkacy, schizoidalnych, wije się pośród sześciu gibkich dziewcząt, od czasu do czasu sypiąc zeschłe liście z kieszeni białego prochowca, na co jego partnerki odpowiadają wrzucaniem kamieni do pustej balii - tego dalibóg nie wiem. Niemniej przedstawienie obejrzałem z przyjemnością i to nie tylko na znakomicie dobraną muzykę - (Kronos Quartet, Nyman, Villa-Lobos), ale także pełną ekspresji grę młodych aktorów.
 To wrażenie zdał się podzielać widownia sobotniego spektaklu, która pożegnała artystów gromkim aplauzem.


Zagłada ludu albo moja wątroba jest bez sensu

Joanna Chojka, Gazeta Morska
"Robaki" Schwaba i Bzdyla to groteskowe ciała skazane na zagładę, które czeka już tylko dalsze odzieranie ze skóry, obnażanie ciemnego skarlałego życia. "Wszystko, co martwe, to jestem ja". Klasyczne figury, które wyrażały piękno zewnętrzne, są dziś tylko nieosiągalnymi wzorcami - ułomny tancerz, bardziej przypominający clowna, nie jest w stanie wykonać piruetu, bo ogranicza go jego własna wyzierająca z głębi brzydota. Spełniła się okrutna dla sztuki i artysty groźba Hermanna - bebechy zostały wyrwane z dupy ("Niebo, ukochana"). Duchowość ulotniła się z ciężko opadającej na podłogę, śmiesznej "sztuki mięsa". Zdemuzykalizowany świat akustycznie jest nie do wytrzymania. Harmonijne instrumenty zostają zastąpione pałeczkami, którymi wygrywany jest suchy rytm - rytm rozkładu prowadzącego do śmierci.
Mniej więcej tak samo jak sztuka wygląda - karmiona złudzeniami i fałszem - rzeczywistość, której milczącym, ale pełnym zdziwienia i dystansu komentatorem jest mały pies, jedyne naprawdę żywe i autentyczne stworzenie. Czas zniszczył także zasady obowiązujące w życiu rodzinnym, ojcostwo skurczyło się "jak stary mebel" do sfery seksu. Dźwięki, które dochodzą z domu są żałosne. Podczas oczyszczającej kolacji u "wiekowej", "anachronicznej" Pani Grollfeuer, która przyjęła rolę bóstwa śmierci, ogołocone z masek rodziny Kovaciców i Robaków odejdą w nicość - tam "gdzie złe obrazy są ślepe na swoją brzydotę". Człowiek "wpija się w jakieś zrozumienie", ale jego maltretowana wątroba jest daremna...
Ten spektakl o niemożliwości piękna nie chce się podobać - jest antyestetyczny z założenia. Ale zobaczyć go trzeba. Nie tylko dlatego, że odwołuje się do mało znanej u nas dramaturgii "obrzydliwego" austriackiego potwora, Wernera Schwaba. Otwarty na indywidualne skojarzenia widza proponuje mu coś znacznie więcej - refleksję o teatrze. Stawia pytania o jego martwotę.

Andrzej Majczak, Teatr
Materia tego widowiska tkana jest z ulotnych wrażeń, jakie wywołuje połączenie gry świateł, rekwizytów, kostiumów i nade wszystko efektownych układów choreograficznych. Godne zauważenia jest wprowadzenie na scenę muzyki granej na żywo. Kolejnym częściom towarzyszy akompaniament skrzypiec lub rytm miarowego odliczania.

Paweł Goźliński, Życie Warszawy
Stosunkowo nowym dialektem posługuje teatr tańca Dada von Bzdülöw. Zdążył on już nabrać dystansudo swoich nauczycieli (założyciel grupy i choreograf Leszek Bzdyl był mimem u Tomaszewskiego i tańczył w Teatrze Ekspresji Misiury). Spektakl Zagłada ludu, czyli moja wątroba jest bez sensu wyrasta na pożywce codziennych gestów. Tylko że poranna sprzeczka nie jest gotową choreografią, a zmieniona w taneczny układ nie byłaby tym, czym jest. Dlatego przedstawienie jest ciągłym przekraczaniem codzienności w kierunku tanecznego gestu, i nagłym strąceniem go w piekiełko codziennych powtórzeń. I tylko pokraczny kundelek pętający się po scenie jest w tym precyzyjnie zmontowanym mechanizmie nieprzewidywalnym kontrapunktem. Młodym tancerzom brakuje jeszcze swobody, a już starają się poruszać z nonszalancją mistrzów. Mimo to w przyszłości może być z roztańczonymi dadaistami nieźle.

Ziemia Kaliska
Zespół pokazał nieco surrealistyczne przedstawienie ( inscenizacja całą gębą, do której zaangażowano nawet psa ). Spektakl zabawny, w finale może obrazoburczy, a jego twórcy - to ludzie z poczuciem humoru, co - niestety - jak można było zobaczyć podczas prezentacji, wśród twórców tańca współczesnego zdarza się niezbyt często.


Peep Show

Dorota Sobieniecka, Głos Wybrzeża
Opowieść o Willym, młodym mężczyźnie, który poznaje życie - kobiety i namiętności, rozpoczyna się sceną narodzin. Wszystkie rozczarowania ( Fałszywa Garbo, Nic, Szczęście Małżeńskie ) kończą się tęsknotą za rajem utraconym, za ciepłym i bliskim łonem matki. Historia rozgrywa się na wielu planach, widzowie wraz z aktorami przenoszą się z miejsca na miejsce, z jednej sali do drugiej.
Istotą dramaturgii tego przedstawienia jest ruch ciała i światło, a także ekspresyjna muzyka. Ascetyczna, surowa scenografia, gdzie naturalne wnętrze ratuszowych sal jest ukryte w ciemnościach a jedynie świetlny punkt, precyzyjnie wymyślony jako "splot" lub kontra, wydobywa ekspresję z żywych obrazów.
Przedstawienie powstało w Berlinie, gdzie zespół uczestniczył w międzynarodowych warsztatach teatralnych. Bardzo spodobał się publiczności i krytykom. Niemiecka prasa nazwała ten spektakl "orgią metafizyczną". Rzeczywiście, Leszkowi Bzdylowi, który nie umieszcza swojego nazwiska na afiszach, a jest twórcą i animatorem Dada von Bzdülöw, ponadto odtwórcą jednej z głównych ról (Willego) udało się zrealizować przedstawienie ciekawe, efektowne i... dające do myślenia. Bardzo podobała mi się scena Szczęście Małżeńskie 1, gdzie rekwizytem jest ogromny stół, a bohaterami dwoje ludzi siedzących po przeciwnych stronach i choć ruch jest oszczędny, pełno w tym dramatu.