PL

Teatralne lata pomiędzy, Wyborcza Tr. 28.11.2010

Dada: teatralne lata pomiędzy
Mirosław Baran, Magdalena Hajdysz 
Magazyn Sztorm / Gazeta Wyborcza Trójmiasto 28.11.2010
 
Gdański Teatr Dada von Bzdülöw, czołowa polska grupa teatru tańca, wchodzi właśnie w dorosłość, świętując swoje osiemnaste urodziny. - Pies tak długo nie żyje - komentuje z uśmiechem Leszek Bzdyl, lider i współzałożyciel formacji.
 
Ciężko uchwycić specyfikę Teatru Dada, który od powstania wymykał się zaszufladkowaniu, zawsze sytuował się w nieokreślonej, płynnej przestrzeni pomiędzy pojęciami: pomiędzy teatrem dramatycznym i tańcem, offem i zawodowstwem, precyzyjną wizją sceniczną i radosną improwizacją, powagą i subtelnym dowcipem. Główną cechą twórczości grupy jest ironia. Co ważne: nie złośliwość, tylko lekki dystans do przede wszystkim samych siebie. Taka strategia swoje źródła ma w odwołaniu do ruchów awangardowych, obecnym już w pierwszym członie nazwy grupy.
 
- Dada von Bzdülöw od początku budził skrajne emocje i różnorodne skojarzenia - opowiada Bzdyl. - Nasza nazwa ciągle wywołuje masę wątpliwości. Bo czy ktoś "rozsądny" może poważnie potraktować tę zbitkę słów? Od początku istnienia teatru zadawano pytanie, czy to ma coś wspólnego z dadaizmem. Odpowiadałem, że tak. - A te "umlauty" to jakieś niemieckie inklinacje? - Tak, ale dla Niemców brzmi to jakoś po turecku... Nazwa naszego teatru to pochwała niepowagi, to ucieczka od konieczności ścigania się z samym sobą i obowiązkiem podążania drogą na parnas. Na parnasie, albo też na wysublimowanej kanapie artystyczno-państwowej, tego rodzaju antypowaga budzi popłoch. Zwłaszcza, że polski teatr lubuje się w powadze i mitomanii.
 
Pomiędzy Trójmiastem i światem
 
Początki Dady to właściwie spotkanie jej założycieli i liderów formacji: młodej tancerki Katarzyny Chmielewskiej i Leszka Bzdyla. Był początek lat 90. Bzdyl miał już doświadczenia sceniczne: występował we wrocławskim Teatrze Pantomimy Henryka Tomaszewskiego i legendarnym już Teatrze Ekspresji Wojciecha Misiury (z tej grupy wyłonili się twórcy, od których ciągle zależy oblicze trójmiejskiej sceny tanecznej: Jacek Krawczyk z Sopockiego Teatru Tańca - działającego jeszcze niedawno pod nazwą Teatr Okazjonalny, Bożena Eltermann z Teatru Cynada czy Kszysztof "Leon" Dziemaszkiewicz z Teatru Patrz Mi na Usta). Chmielewska ukończyła właśnie gdańską Państwową Szkołę Baletową. Tańczyła nawet przez moment w balecie Opery Bałtyckiej, jednak taniec współczesny pociągał ją o wiele bardziej.
 
Po krótkim okresie Dada znalazła port w Gdyni, w Teatrze Miejskim im. Gombrowicza, kierowanym wówczas przez Julię Wernio. Grupa spędziła tam lata 1995-2001, realizując nowe przedstawienia i cykliczne spotkania artystyczne pod nazwą "Dzień Pięknego Towarzystwa". - Przez te lata mieliśmy w Teatrze Dada dwa końce - wspomina Leszek Bzdyl. - Pierwszy nastąpił po jakiś trzech latach, gdy grupa z amatorskiej stawała się zawodowa. Dada była grupą młodych ludzi, których - nie mam lepszego słowa - wychowywałem. To był czas bardzo intensywnych zajęć, dla nich to była szkołą aktorska, dla mnie - reżyserska. I doszliśmy do momentu decyzji; "uwolniłem" wszystkich i zaprosiłem jednocześnie do dalszej współpracy. Doszło do pewnej selekcji; cześć osób zdecydowała się zmienić swoje zainteresowania, cześć - na przykład Rafał Dziemidok, Patrycja Kujawska, Radek Hewelt - jeszcze ściślej związali swoje życie z teatrem. Po tym kryzysie powstały przedstawienia "Człowiek, który kłamał, na przykład Heiner Müller" i "Nie było, nie będzie, czyli nie ma". Ten drugi tytuł to swoisty spektakl założycielski Teatru Dada, wtedy wykrystalizowała się nasza podstawowa estetyka, zamysł teatralny. To był moment przełomowy; uwolniliśmy się wtedy od elementów pantomimy, od drogi narracyjnej. Potem nastąpiło przyśpieszenie i powstała masa przedstawień. Część z nich była wieloobsadowa.
 
Po wyprowadzce z Gdyni Dada trafiła do świeżo otwartej, nowej siedziby Klubu Żak. Leszek Bzdyl: - W 2001 mieliśmy drugi koniec: doszło do kryzysu pomiędzy założycielami grupy. Dada naprawdę zaczęła pękać w szwach Część odeszła w ogóle od tańca, a część - m.in. Anka Steller i Milena Rywińska - dalej kontynuowała karierę artystyczną. Punktem zwrotnym okazała się "Magnolia" z 2002 roku. Razem z Kasią Chmielewską zdecydowaliśmy się, że jednak próbujemy robić ten teatr dalej razem. Zbiegło się to z wejściem do Klubu Żak, wiarą, że to miejsce może być centrum tańca, miejscem, gdzie będą powstawać międzynarodowe koprodukcje i wymiany. Był to niejako nowy początek. Pojawiły się nowe spektakle, wyjazdy, festiwale.
 
Po „Magnolii” w Żaku powstał spektakl „Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (a la Gombrowicz)", inspirowany twórczością autora „Ferydurke”. To przedstawienie, zrealizowane w ramach międzynarodowego projektu Trans Danse Europe, otworzyło Dadzie sceny europejskie i światowe. W końcu „Kilka błyskotliwych spostrzeżeń” zostało zaproszone do Stanów Zjednoczonych. Dada grała je przez dwa weekendy w nowojorskim La MaMa Theatre, jednej z najważniejszych scen alternatywnych na tym kontynencie. Amerykańska, zdecydowanie wybredna krytyka przyjęła grupę bardzo entuzjastycznie (w recenzji nowojorskiego „Time Out” otrzymali pięć gwiazdek na sześć możliwych). Później spektakl trafił m.in. do Indii. Po występach w Nowym Jorku członkowie grupy prowadzili tygodniowe warsztaty taneczne w Filadelfii. Tam zaproponowano Dadzie realizację nowego spektaklu w Stanach i pokazanie go w ramach The Philadelphia Live Arts Festival. Tak powstało kolejne dzieło grupy, przedstawienie „Faktor T”. - Paradoksalnie, im więcej wyjeżdżaliśmy, tym bardziej traciliśmy grunt tu, w Trójmieście - opowiada Leszek Bzdyl.
 
Pomiędzy Łodzią i Gdańskiem 
 
Grupa - i tak działająca wręcz ze spektaklu na spektakl - zaczęła mieć problemy ze zdobyciem środków na nowe realizacje. Jednocześnie, dość boleśnie, zakończyła się współpraca formacji z Klubem Żak. - Dlaczego mamy sponsorować prywatny teatr pana Bzdyla? - pytali trójmiejscy urzędnicy odpowiedzialni za kulturę.
 
W efekcie Dada w 2008 roku, na jeden sezon, trafiła do Teatru Nowego im. Dejmka w Łodzi, gdzie właśnie dyrektorem został Zbigniew Brzoza. Grupa grała tam pod szyldem Nowa Dada; ich wcześniejsze realizacje weszły do repertuaru łódzkiej sceny, powstało także premierowe "Przed południem, przed zmierzchem" w reżyserii Piotra Cieplaka.
 
Po roku formacja wróciła jednak do Gdańska i trafiła do Teatru Wybrzeże. Tu zrealizowała teatralny happening "Barricade of Love" oraz spektakle "Caffe Latte" i "Czerwona trawa"; spektakle Dady weszły na stałe do repertuaru Wybrzeże. - Ostatnie dwa lata, relacje z Teatrem Wybrzeże, to próba powrotu do Gdańska - ocenia Bzdyl. - Współpraca z dyrektorem Orzechowskim wydaje się być wzorcowa w swoim modelu: państwowa instytucja kultury plus grupa niezależnych artystów wspierana przez stowarzyszenie twórcze. Oby trwało to jak najdłużej, z pożytkiem dla widowni i gdańskiej propozycji kulturalnej w ogóle. Z ciekawością czekam, czy uda nam się na nowo uruchomić zdarzenia "okołospektaklowe". Bo teatr to nie tylko przedstawienia, to ciągła obecność grupy artystycznej, która bierze udział w różnych przedsięwzięciach i wchodzi w alianse z innymi twórcami. Czyli: to niejako nasz kolejny nowy początek.
 
Wraz z ciągłymi zmianami scen przez lata zmieniał się także widz Dady. - Przerobiliśmy trochę scen w Trójmieście i nie tylko - śmieje się Bzdyl. - Na początku widzowie Dady to byli młodzi ludzie, nasi rówieśnicy. Z czasem, w Teatrze Miejskim, nasza widownia zaczęła pęcznieć, stała się wielopokoleniowa. I taką widownię przyprowadziliśmy do Żaka. Tam publiczność, prawdopodobnie z powodu ograniczonej ilości miejsc, zaczęła się hermetyzować. Teraz w Teatrze Wybrzeże mamy widownię repertuarową. Jest ona piękna: rozstrzelona wiekowo, temperatura przedstawień jest tym samym pełna, mamy szeroki wachlarz odbioru: zachwyt i niezrozumienie, aplauz i oburzenie. Nie jest to widz selekcjonowany, który apriorycznie lubi. Jest to widz konfrontacyjny, trzeba go przekonać, zauważyć, czasem nawet z nim walczyć.
 
Pomiędzy tańcem i teatrem 
 
Dada jest zwykle nazywana teatrem tańca. W końcu w ich przedstawieniach słowo pojawia się niezwykle rzadko, główną rolę odgrywa ruch. Choć sami twórcy często odcinają się od zwrotu "teatr tańca". - W świecie tanecznym znalazłem się dlatego, że zakochałem się w teatrze, a nie w tańcu. Cały czas jestem zdrajcą - mówi Bzdyl. - Teatrologia niemiecka boryka się z problemami w nazewnictwie od stu lat i co dekadę następuje tam odświeżanie języka. Ale już sto lat temu uwolnili się oni od dramatu, od tekstu. Dla nich tekst oczywiście jest elementem przedstawienia, ale nie jest warunkiem koniecznym zaistnienia teatru. W języku niemieckim bardzo rozsądnie brzmi "tanz theater", bo tam nie ma przymiotników, są dwa rzeczowniki. Czyli i to, i to. A polskie "teatr tańca" zdaje się być jakąś inną wersją teatru. Oczywiście - jakąś słabszą, niepełną. A my od zawsze nazywaliśmy się - po prostu - Teatrem Dada. I z takim nastawieniem robiliśmy przedstawienia. Przedstawienia teatralne. Kochamy taniec, bo można nim tak wiele opowiedzieć o intymności człowieka. Choć wolę mówić po prostu o teatrze i o widowisku, o spotkaniu aktorów z widzem. Inny problem jest taki, że wiele spektakli tak zwanego teatru tańca jest bardzo hermetycznych. Oglądam trochę rzeczy u nas w kraju; niektóre grupy niesamowicie zhermetyzowały przekaz i jest on teraz już tylko dla znawców, czy może nawet współwyznawców. W efekcie nie skupiamy się na strukturze przedstawienia jako całości, ale śledzimy wyłącznie ruch biodra tancerza. Coś takiego trochę mnie już nudzi i trochę przeraża. Ważniejsze od ruchu ręki i techniki, do której ten ruch się odwołuje, jest to, czy ten spektakl działa, czy nie działa, czy uruchamia w mojej głowie jakieś światy.
 
Przypisanie Dady do szufladki z napisem "teatr tańca" nastąpiło już na początku ich drogi twórczej. - Robić teatr, ale poprzez ruch: to była cała nasza pierwsza strategia - wspomina Leszek Bzdyl. - Nie chcieliśmy przy tym zajmować się tematami, którymi interesował się ówczesny teatr - tak zwany - offowy. A kiedy zaakceptował nas świat taneczny, mieliśmy szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. Wtedy nie było jeszcze w Polsce recenzji tanecznych, nikt tak o tym nie pisał. I nagle zostaliśmy wchłonięci przez świat tańca. Z dużą szkodą dla recenzji teatralnych naszych przedstawień.
 
Pomiędzy literaturą i sceną 
 
W repertuarze Teatru Dada nie ma klasycznych wystawień dramatów. Choć gdzieś w tle ich kolejnych premier zwykle pojawia się literatura. "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń" inspirowane jest lekturą "Dzienników" Witolda Gombrowicza, "Czerwona trawa" to ruchowa adaptacja powieści surrealisty Borisa Viana, podstawą "Faktora T" były pisma filozoficzne Stefana Themersona, a "Opus pessimum" - "Powiedzmy Gantenbein..." Maxa Frisha. Realizując wyśmienity "Eden", twórcy analizowali wizje raju, zawarte m.in. w Biblii czy Koranie. 
 
- Zawsze jest w tym wszystkim jakiś zbieg okoliczności - tłumaczy Bzdyl. - Nie chcę mówić, że przypadek, bo to coś zupełnie innego. Człowiek żyje, myśli, patrzy, słucha, zauważa. Intrygujące jest to, że patrząc na krajobraz nie widzimy zwykle całości. Nasze oko wybiera zwykle podobnie. Czy to ulubiony kolor, kształt, jasność lub ciemność. Tak też jest z czytaniem. Możemy przeczytać tę samą książkę i okaże się, że zostaje w nas z niej, poza oczywistą fabułą, zupełnie inny smak, czy też zrozumienie filozoficznego tła.
 
Przy tym Dada nie stosuje żadnej taryfy ulgowej wobec widza. Wymaga od niego współudziału i ciągłej czujności. Nie stara się też opowiedzieć żadnych historii. - Takie jest prawo teatru, który nie jest obciążony repertuarem - podkreśla Leszek Bzdyl. - Nasze przedstawienia są propozycją do rozmowy, naszą dziwną kuchnią, specyficznym światem, który chcemy widzom zaproponować. Jeśli publiczność w większej ilości niż jedna czy dwie osoby wchodzi w ten układ, to znaczy, że nasza propozycja się sprawdza. Nie jesteśmy przecież laboratoryjną grupą, która odpycha widza. Staramy się budować przedstawienia na kilku warstwach: estetycznej, dramaturgicznej i płaszczyźnie sensów, które mogą zdawać się tajemnicze, ale zwykle są pochodną jakiegoś zamyślenia nad istotą człowieka.
 
Pomiędzy sztuką i instytucją 
 
Przez osiemnaście lat trzon grupy stanowiła Katarzyna Chmielewska i Leszek Bzdyl. Ale z Teatrem Dada von Bzdülöw związanych było kilkudziesięciu artystów, między innymi tacy tancerze i choreografowie jak Patrycja Kujawska (pracuje obecnie w Anglii), Radek Hewelt (Austria), Mariusz Jędrzejewski (Szwajcaria), Rafał Dziemidok, Magdalena Reiter, Aurora Lubos, Anna Steller, Austriaczka Julia Mach, Filip Szatarski, Ula Zerek czy Amerykanka Bethany Formica. Członkowie grupy chętnie współpracują z wybitnymi muzykami: Mikołajem Trzaską, Wojtkiem Mazolewskim czy formacjami SzaZa i Pink Freud.
 
Od 2009 roku działania teatru wspiera Stowarzyszenie Teatru Dada von Bzdülöw. Bzdyl, jak sam przyznaje, długo bronił się przed choćby namiastką instytucjonalizacji, prawnej organizacji działalności i ostrzejszej gry narzędziami tak zwanego marketingu czy reklamy. - Ja nie robię Dada. Ja jestem od robienia przedstawień. - mówi. - Stowarzyszenie Teatru prowadzi Kasia Chmielewska. Mamy też menadżera, jest nim Michał Jankowski, prywatnie mąż Kasi. To dzięki nim powstało Stowarzyszenie. Ja wolałem niezobowiązujący rytm przepływania z miejsca na miejsce, uwielbiałem to. Teatr Dada powstał w końcu jako przyjemność. Ale teraz bez pozoru instytucjonalizacji, czyli np. stowarzyszenia, już się nie istnieje. Przykład? W wydanej ostatnio drugiej edycji DVD "Sites of Polish Theatre" [seria wydawana przez Instytut Adama Mickiewicza we współpracy z Instytutem Teatralnym w Warszawie - przyp. red.], freakowa impreza Dady "Caffe Latte" znalazła się wśród takich znakomitości, jak choćby Teatr Polski czy Współczesny z Wrocławia, Teatr Stary z Krakowa i wiele innych. Oznacza to, że w naszym kraju nie ma już przestrzeni dla teatru poza instytucją.
 
Pomiędzy niedojrzałością i dorosłością 
 
W grudniu Teatr Dada von Bzdülöw świętuje swoje osiemnaste urodziny. - Co to znaczy, że Dada jest już dorosła? - zastanawia się Leszek Bzdyl. - To bardzo poważne pytanie... Czy swoboda, lekkość, która towarzyszyła nam przez te wszystkie lata, będzie dalej możliwa? Wcześniej mieliśmy lat kilka czy kilkanaście, teraz osiemnaście i jesteśmy już dojrzałymi twórcami. Musimy się zastanowić, co dalej, czy nie należałby spoważnieć, upaństwowić naszej działalności... Prowokuję sam siebie tymi rocznicami do jakichś odpowiedzi. Każdy człowiek, gdy przychodzi dzień jego urodzin, zastanawia się, czy strasznie się zestarzał, czy ma jakąś przyszłość, czy to, co najlepsze, już się wydarzyło? Nigdy Dada nie miała planu. No, może na początku. Plan był taki, że przez trzy lata poświęcamy się edukacji, kolejne trzy "wchodzimy w rynek". I po sześciu latach chcemy funkcjonować w świadomości widzów. Na potem nie było planu, nigdy nie zakładaliśmy, co nasz teatr ma sobą przynieść. Po prostu miał dawać szansę realizowania kolejnych przedstawień.
 
I takie przedstawienia będą. Z okazji urodzin w Teatrze Wybrzeże odbędzie się premiera najnowszej realizacji grupy - spektaklu "Le Sacre", inspirowanego "Świętem wiosny" Igora Strawińskiego i Mikołaja Roericha, czyli chyba najbardziej kontrowersyjnego baletu w historii. "Le Sacre" będzie czterdziestą premierą w osiemnastoletniej historii Teatru Dada von Bzdülöw.
 
- To chyba ostatnie urodziny, jakie organizujemy - mówi Bzdyl. - Potem będziemy zachowywać się jak wstydliwa panna, która nie przyznaje się, ile ma lat. Doszliśmy do tej osiemnastki: to naprawdę spore osiągnięcie dla teatru, który nie jest instytucją, istnieje właściwie z roku na rok - istnieje poprzez swoje przedstawienia, a nie poprzez system finansowania czy zależności instytucjonalno-przestrzenne. Każdy rok to swoisty cud istnienia. Pewnie dlatego tak hołubimy wszystkie nasze koleje rocznice. Bo osiemnaście lat to kawał czasu. Pies tak długo nie żyje.