PL

O spotkaniu... Nietak!T, nr 12/2012-2013

O spotkaniu, czyli sztuka w jednym akcie pozostająca w nadziei na niedokończenie
Nietak!T, nr 12/2012-2013

 
Tytuł: 
Spotkanie
Miejsce: 
Warszawa, knajpa, w której podają alkohol i popielniczkę
Osoby: 
mężczyzno-chłopak C, cztery lata starszy od mężczyzno-chłopaka B
mężczyzno-chłopak B, cztery lata młodszy od mężczyzno-chłopaka C
 
B, jak zwykle, rzuca na stół swoje życie nie-do-opanowania. C z powagą pochyla się nad tym życiem na stół rzuconym. Bierze je w palce, podnosi pod światło. Uważnie ogląda i, jak zwykle, prześmiewczo zaczynają mu oczy błyszczeć, i kpią te oczy, kpią z permanentnego stanu bycia nieszczęśliwym, który B w sobie hoduje. Po chwili mężczyzno-chłopak C odkłada to życie nie-do-opanowania na stół, wyczarowuje torebkę z cukrem pudrem ironii i cukruje-lukruje, lukruje-cukruje. A dzieje się to zgodnie z wieloletnim scenariuszem ich spotkań. Mężczyzno-chłopak B tego chciał. B tego potrzebował. I widzi B te swoje sprawy nie-do uporządkowania w krzywym zwierciadle i na jakiś czas wstydzić się będę sam przed sobą, że taki z niego marudny ułomek, że powody do marudzenia jakieś takie niepoważne, i że jest tyle ciekawych spraw naokoło do zauważenia, i że w ogóle trzeba inaczej. Bo przecież Nie Ma Żartów, albo wręcz przeciwnie są, ale nie w tej jego, B, pizdrykowatej pojedynczej perspektywie, ale w jakiejś obiektywnej skali, o której można mówić, pisać, teatr robić.
 
I palą papierosy. Z przyjemnością łącząc je z alkoholem. Kiedy poznali się te piętnaście lat temu, to B zaczynał właśnie palić jednego za drugim. C próbował wtedy walczyć z sobą i z automatyzmem wypełniania obskurnego wiadra breją z niedopałków i wody. Wiadro ustawiał pod sceną ispicjent na początku próby. Piętnaście lat temu teatr robiło się w kłębach dymu. Światło zawieszało się na tytoniowych chmurach, świat widziany na scenie tracił ostrość, czasami wydawało się, że anioły w istocie nie dotykają ziemi nogami.
 
Sprawy ziemi i nieba. C lubi obracać je w palcach. Lubi? Musi? Skąd w nim taka potrzeba, aby wracać do teologii, przywoływać ją wszędzie i zawsze? "A może to inni przywołują, myśląc o C, a C za tym przywołaniem podąża?" - B za każdym razem zastanawia się -"Czy ta CAŁA TEOLOGIA, z którą C jest nieustannie kojarzony , to jedynie takie paliwo rozpoznane przec C u zarania Jego Teatru, bez którego silniki nijak uruchomione być nie mogą? Inni wlewają do silników spermę, brak spermy, krew, traumy z dzieciństwa, tematy społeczne (cokolwiek możnaby pod hasłem "temat społeczny" rozumieć), ustawienia helingerowskie, literaturę nową lub starą, sezonowe odkrycia eco-energetyczne rodem z innej planety, kontynentu lub wioski, a on, ten C, wyrywa kolejne kartki z Eklezjasty, pakuje do baku, uruchamia sprzęgło, wciska pedał gazu i jedzie, sobie tylko zrozumiałą drogą-po-bezdrożach."
 
"Halt!" - mówi do siebie mężczyzno-chłopak B (używa tego słowa, bo z kim przestajesz, takim się stajesz, a przecież mężczyzno-chłopak C, w euforii i podnieceniu próbowaniem teatru, nie raz z tym radosnym słowem wskakuje na scenę - "Halt! Nie przesadzaj z tą teologią myśląc o C." - B próbuje stanąć na ziemi - "Czytasz przecież rozmaite dwugłosy po spektaklach C i nie możesz znieść tej pochwalnej i sentymentalnej nuty neofitów na równi z siłowym ateizmem i nonszalancją tych, których ta TEOLOGIA NUDZI. A przecież ty sam w ogóle tej TEOLOGII w spektaklach C nie zauważasz. Ty widzisz w tych konstrukcjach scenicznych aktorki i aktorów w jakiejś specyficznej wyjątkowości. Oni są wyraziści, swobodni i perfekcyjni, gdzieś podskórnie radośni. Oni spotykają się z widownią w tych grach, które im C proponuje, z widownią rozmawiają, tą podskórną radością zarażają. I wierzą, że to ma sens! I to jest najważniejsze! A teologia? Teologia to gra paradoksów. To rebus. To puzzle do układania na całe długie życie bez pocieszającego założenia, że uda się wszystkie cząstki z sobą połączyć. A czy jest w ogóle jakiś koniec…? HALT!!! "
 
C zamawia kolejne piwo. B docieka - "Jak można utrzymywać organizm przy życiu zastępując obiad domniemanymi kaloriami zawartymi w słodzie i chmielu. Widocznie można. I bezwzględnie jest w tym jakaś tajemnica" - wyzłośliwia się cichaczem - "Ciekawe,ciekawe… ciekawe czy Eklezjasta coś o tym napomknął".
 
B zamawia szklaneczkę czegoś pomiędzy burbonem a whisky. I mówią teraz o tym, co właśnie jest czytane. B nie pozwoli już sobie nigdy namawiać C do spotkania z myślą francuskich socjologów. B wie, że to strata czasu, że to zawracanie głowy, a co najgorsze - że to często wydłubywanie z księgarni ostatniego egzemplarza, który mógłby trafić w odpowiedniejsze ręce. C za to zachęca do kolejnej pozycji z kręgu "współczesna literatura polska". B ukradkiem ziewa, bo jeszcze nigdy nie przebrnął przez dwie strony tych fascynujących dla C lektur. "Ale on pielęgnuje tą Polską Literaturą Współczesną swoje przywiązanie do tego co stałe" - myśli B - "Osadza się tutaj, próbuje wniknąć w rytm małych i dużych problemów ludzi mieszkających w Wiśle, Krakowie, Warszawie, Wałbrzychu, Bielsku-Białej… Te małe i duże problemy wpisują się w nieskończona historię, którą C opowiadał, opowiada i będzie opowiadał." I B zazdrości C tej stabilności, tej witalnej konsekwencji. B stale szuka opowieści o końcach, o zamianie realnego w substytut realności. B widzi w świecie mechanizm rozwałkowujący byt w miazgę. B wzdycha - "C pozostaje po stronie nadziei i zrozumienia… Ależ nie, ależ nie" - oburza się na siebie B za te łzawe refleksje o C - "On nie udaje głupkowato, że posiadł wczesnochrześcijańsko-bio-buddyjską mądrość! C jest szczwany lis, ma pod pacha Eklezjastę, a ten radzi, żeby spędzić życie na marności nad marnościami, czyli na próbie zrozumienia paradoksów!"
 
Kolejny papieros, dopijanie alkoholu. B pyta o ogród. B lubi słuchać o ogrodzie, o kolejnych krzewach lub drzewach, które C w tym ogrodzie właśnie zasadził. W tej knajpie, przy tym papierosie, przy tej szklance piwa C opisuje swój ogrodowy traktorek wielofunkcyjny. Mówi o nim z chłopięcą gorliwością. I B widzi ten traktorek, i siedzącego w nim lub też na nim C, i wyłożone kamieniem ścieżki, i kompostownik, i krzewy w kwiatach, i drzewa o niemożliwych do zapamiętaniach nazwach. B nigdy nie miał czasu pojechać do ogrodu C. A i chyba ten ogród, pielęgnowany tak pieczołowicie przez C, jest nie-do-pokazywania. "To jest miejsce do-marnowania-czasu" - wyrokuje B - "Rzecz bezużyteczna, tak jak to pałętanie się C na rowerze po Europie." Ten ogród jednak nie daje B spokoju "A może to sprawdzanie pustki? Może to jakiś bój Św. Jerzego ze Smokiem? Samotność zwyciężona = siła, żeby zrealizować kolejny spektakl?"
 
Jak już zaczęło się pić, to pije się dalej. Popielniczka musi być koniecznie opróżniona. Wypełniła się szczątkami przedstawień, które mężczyzno-chłopak B lub mężczyzno-chłopak C ostatnio widzieli. Czasami z popielniczki wysypują się szczątki zachwytów. Trochę częściej resztki po potworkach, zakłamanych, nieuczciwych, mielących gówno, jakoś paskudnie wypichconych pod gonitwę idiotyzmów… Kelnerka zmienia popielniczkę. Czysta popielniczka przywołuje do porządku. Mężczyzno-chłopaki B i C, zawstydzeni sami sobą, spuszczają głowy, bo wiedzą, że ich poniosło, że za łatwo ferowali wyroki. Udawali przez chwile, że coś wiedzą, że są tacy dorośli i mogą być po męsku dziarscy. W zawstydzeniu, z zaczerwienionymi policzkami telepatycznie zgadzają się ze sobą - "Przecież każda rzecz ma swój czas i można ją wpisać w poszukiwanie i odkrywanie. W odkrywanie i poszukiwanie. A głupota, to też jest przecież element sprawczy. A sami nie popełnili po drodze jakichś haniebnych rzeczy? A to co im się wydaje, że było Ważne, czy w istocie nie było Małe i Niedorobione?"
 
C i B piją i palą. I gadają coraz mniej świadomie. Ale i tym razem skończą w odpowiednim momencie. Znają granice zażyłości. Granice swojej zażyłości. Ich przyjaźń odmierzana jest kolejnymi spektaklami. Sporadycznie, pomiędzy kolejnymi sztukami do zrobienia, bywa ta lub inna knajpa, w której podają alkohol i popielniczkę. Jeszcze lepiej jeśli w tej knajpie jest TV, a w TV mecz piłki nożnej w ramach Champion League. Z meczem przed oczami nie ma miejsca na ogród, rower, teatr, taniec, kobiety, bóle bebechów istnienia, teologię, czy jakiegoś tam Eklezjastę. Jest cudownie zielone boisko, faceci rozgrywający akcję mniej lub bardziej udanymi podaniami, skupienie i istotnie męskie emocje.