PL

INTRO - recenzje

Anna Jazgarska
Stan Umysłu
Teatralny pl, 16-10-2015

Podczas deklamacji Phantastische Gebete Richard Huelsenbeck wywijał szpicrutą, serwując w ten sposób zgromadzonym wokół niego widzom symboliczne lanie. Działo się to prawie sto lat temu, gdy w szwajcarskim Cabaret Voltaire konstytuował się nowy (anty)ruch, który z łajdackim błyskiem w oku podłożył dynamit pod fundamenty istniejącego świata.
Nie tylko tego artystycznego. To podobno właśnie wtedy i tam, w Zurychu, po raz pierwszy pojawił się „wyciągnięty z nicości i nicością przesiąknięty”, prymitywny, inicjalny i niewinny wyraz „dada”. Dzisiaj, prawie sto lat po pierwszych performansach przy Spiegelgasse 1, gdański Teatr Dada, „natchniony Duchem Dada”, postanowił sięgnąć po szpicrutę Huelsenbecka. I spuścił swoim widzom niezłe lanie.

Intro, najnowszy spektakl Teatru Dada von Bzdülöw, rozpoczyna się od szeregu pozornie pozbawionych związku gestów i aktów, podanych w powolnym, flegmatycznym wręcz rytmie. Katarzyna Chmielewska usadawia się na plażowym leżaku, a jej przypadkowe na pierwszy rzut oka ruchy układają się w dziwaczną choreografię. Leszek Bzdyl zdaje się ustawiać reflektor, zaś Katarzyna Ustowska raz za razem próbuje przedstawić widzom grupę, przekręcając każdorazowo jej nazwę. Największą uwagę zwraca wpadający z impetem na scenę Piotr Stanek. Z wojskowego plecaka wyciąga jakieś kable, taśmę klejącą, nerwowo majstruje przy jednej ze ścian. Z tej pozornej, niespiesznie wyłożonej przypadkowości zaczynają wyłaniać się właściwi bohaterowie przedstawienia. Każdy z nich zaznacza swą obecność jakby od niechcenia – podchodząc do mikrofonu i przytykając do niego komórkę z włączoną melodią. Niby nic takiego, a jednak jest w tym geście coś agresywnego, apodyktycznego. To jeszcze nie mój głos, ale już mój. I chcę go zwielokrotnić, wzmocnić, skierować ku czemuś, komuś. Chcę być słyszany. Słuchany?

Leniwe początkowo tempo spektaklu przyspiesza. Znieruchomiali dotąd muzycy, których widzimy na śnieżącym ekranie ustawionego z boku sceny Unimora, ożywają. Absurdalno-prześmiewcze „nekro polo” zespołu (a właściwie artystycznego happeningu) Nagrobki (Maciej Salamon i Adam Witkowski) staje się muzycznym tłem dla bardzo dynamicznych tanecznych sekwencji. Czwórka aktorów kokietuje publiczność efektowną, energiczną choreografią, która przywodzi na myśl taneczne programy telewizyjne. To dzięki nim kilka lat temu Polaków opanowała gorączka tańca, czyniąc co drugiego przechodnia specjalistą od „modern” i „jazz”. Cóż, w Intro marzenie samozwańczego eksperta w dziedzinie tańca współczesnego trochę jakby zgrzyta – jest wprawdzie synchronicznie i porywająco, ale „ładność” burzą brudne dźwięki Nagrobków i ich wykrzyczane niechlujnie teksy. „W sercach mamy mrok (…), w sercach mamy nic”? Świst szpicruty fundatorów Dada słychać coraz wyraźniej.

Rzepak. Wdzydze Kiszewskie, Bałtyk oczyszczający niczym Ganges, konfitury, warzywa kupowane „tylko na ryneczku”. Tak Chorwatka Zorana (Katarzyna Chmielewska) definiuje polskość. Intensywna ekspozycja pierwszej bohaterki pociąga za sobą kolejne autoprezentacje. Żyd Mordechaj (Leszek Bzdyl), Nazira z Iranu (Katarzyna Ustowska) i Czeczen Kerin (Piotr Stanek) – wszyscy oni zapałali miłością do Polski, wszyscy oni chcą obdarzyć umiłowany kraj tym, co najlepsze. Słodycze, ropa i fundamentalizm, zesłane przez Najwyższego natchnienie, wysadzenie w powietrze samego siebie – każdy z bohaterów wykłada autorski pomysł na efektywną integrację z polskim społeczeństwem.

Oczywiste jest, że w Intro Dada von Bzdülöw zabiera głos w aktualnej, przesyconej histerią dyskusji na temat uchodźców i imigrantów. Ale nie tylko. Prężący muskuły Bzdyl i Stanek, płynące w baletowym tańcu Chmielewska i Ustowska to dowcipne powidoki nudząco stereotypowego postrzegania płci, z „potworem gender” czającym się za rogiem, zaś fenomenalna scena kolektywnego jedzenia pączka przywodzi na myśl rodzimy, trzymający mocno władzę patriarchat. Bo spektakl z nieukrywaną premedytacją i radością podejmuje i przetwarza wszystkie lęki, którymi karmi się dzisiejsze społeczeństwo.   

Choreografii w Intro na pewno brakuje tej specyficznej finezji, która charakteryzuje Teatr Dada. Ale o to też chyba chodziło. Ruch w Intro jest przede wszystkim różnorodny, momentami chropowaty, celowo niedoskonały, przesiąknięty od początku do końca dystansem dojrzałej autokreacji. Prześmiewcze partie tańczone w kwartecie sąsiadują w Intro z fragmentami solowymi, które stanowią tu silnie zindywidualizowaną, pozawerbalną opowieść o każdym z bohaterów. Najmocniej zapada w pamięć rysowany po części pantomimą portret prostolinijnego Żyda w wykonaniu Leszka Bzdyla. Świetnie wypadli w Intro Chmielewska i Stanek. Konstrukcja ich bohaterów opiera się w dużej mierze na eksploatowanej szyderczo cielesności, wspartej przerysowanym, patetycznym monologiem. Jednak największe uznanie należy się Katarzynie Ustowskiej, kreującej postać najbardziej wyrazistą, a zarazem najbardziej wielowymiarową.

Ubrana w czarny hidżab Nazira i przytwierdzający do teatralnych ścian kolejne bomby Kerin szyderczo spoglądają nam w oczy, a w tle Nagrobki śpiewają o ostatniej niedzieli i nadchodzącej śmierci. Absurdalny, desakralizujący wszystko czarny humor Intro działa mocniej niż wszystkie rozsądne, napęczniałe od naukowych argumentów dyskusje. Plątanina biało-czerwonych symboli, ostrych dźwięków wuwuzeli, ładunków wybuchowych, kur zielononóżek i demonicznych muzułmanek nakazuje nam odnaleźć zagubiony w teraźniejszej rzeczywistości dystans. Ale jest też prowokacją dla prowokacji. Jak nieskrępowana niczym wyobraźnia dadaistów nakazuje. Bo Intro to przede wszystkim wyzwanie rzucone wszystkim naszym mitom. 

P.S. Spokojnie, rozmieszczane sukcesywnie przez cały spektakl ładunki wybuchowe nie zostają w finale odpalone. Zamiast tego zespół z namaszczeniem rozwija biało-czerwoną flagę i dokonuje dowcipnej autoprezentacji. Szelmowski błysk, który da się dostrzec w ich oczach podobno już kiedyś, gdzieś widziano. Bardzo możliwe, że przy Spiegelgasse 1, dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu.

***

Piotr Wyszomirski
Dada‘s not dead. Dokąd zmierza Leszek Bzdyl i jego kamanda?
Gazeta Świętojańska, 8.10.2015
 
"Co to był za okropny rok
W którym każdy dzień był jak niedziela
Siedzieliśmy razem przy stole
A potem... byliśmy w kościele
Chciałbym, żeby jutrzejsza niedziela
Była już tą ostatnią niedzielą
Nagrobki, Niedziela"
 
Jedna z najważniejszych formacji po 1989 roku w Polsce w 22. roku swego istnienia przedstawiła propozycję, która może stanowić punkt zwrotny nie tylko w ich twórczości, ale w całej, oby, pomorskiej kulturze artystycznej. "Intro" to szyderczy antymusical podlany czarnym, surrealistycznym kabaretem, krzyk na rzeczywistość, bezpardonowa manifestacja postawy. Nie powstała pod wpływem demaskacji polskiego społeczeństwa w obliczu problemu uchodźstwa. Narastała od dawna, jątrzyła, puchła aż do wybuchu. Uchodźcy dołączyli trochę przypadkowo, ale nie mogło ich zabraknąć w wypowiedzi, choć nie powinni zdominować komunikatu, bo chodzi o więcej. Przyjmując rok 1916 za datę ukonstytuowania się ruchu dada, Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska wraz z aktualną załogą (Katarzyna Ustowska i Piotr Stanek) spiralnie zataczają kilka kół. Nawiązują ideowo do patronów i późniejszych postaw aktywnych kontestatorów rzeczywistości. Dada punk - dlatego załoga. Wraz z Nagrobkami tworzą na scenie zespół pieśni i tańca im. Sida Viciousa.
 
"Jesteśmy nagrobki, czarne nagrobki
Bużki mamy czarne, w sercach mamy mrok
Jesteśmy nagrobki, czarne nagrobki
Bużki mamy czarne, w sercach mamy nic
Nagrobki, Nagrobki"
 
"Intro" to hybryda gatunkowa. W choreografii interdyscyplinarnej w nierównych proporcjach przeplatają się taniec, ruch, słowo, dźwięk. Stary telewizor gdańskiej firmy Unimor więzi Nagrobki, zespół poezji śpiewanej inaczej, czyli Maćka Salamona (gitarka, wokal) i Adama Witkowskiego (bębenki, wokal); członek honorowy nieczęsto występujący na koncertach: Olo Walicki (błękitna gitara basowa)“ tym razem wraz ze swym kruszącym lody Antarktydy uśmiechem tylko na widowni. Pierwsze minuty to poszukiwanie i przygotowanie. Właściwej wymowy nazwy zespołu i ładunków wybuchowych. Cztery postaci: Chorwatkę, Żyda, Irankę i Czeczena łączy Polska. Jej szaleństwo, wskrzeszone i wzmocnione atomowym defibrylatorem, tworzy koktajl Jezus Maryja, który użyźnia glebę, na której wyrosną kolejne pokolenia koronnych argumentów dla pasjonatów eutanazji i apologetów aborcji.
 
Spektakl składa się z "numerów" słowno-muzycznych prowadzonych przez antypiosenki Nagrobków przeplatanych werbalnymi autoprezentacjami postaci. Wyjściowy patos łamie czarny humor – pewnie ostatnia deska ratunku szanującego się inteligenta. Szydera ściga się z surrealnością i zamierzonym kiczem widocznym już od pierwszego kontaktu, czyli od plakatu. Zalatuje trochę tanimi, polskimi Chinami a pierd*** patriotyczne w swej kulminacji wchodzi na poziom kultu. O tak, narodziny Narodowego Teatru Dada von Bzdülöw to wielki krok narodu w kierunku...
 
Fundamentami spektaklu, jak o nich mówią młodzi partnerzy ze sceny, są Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska, którzy coraz częściej wybierają pozycje reżyserów, choreografów, producentów i pomysłodawców. Być może Bzdyl nie będzie się już ścigać na fikołki i układy, ale na pewno w konkurencji "wyginam śmiało swoje ciało“ może jeszcze z powodzeniem startować. Poszukujący nowych, zaskakujących rozwiązań choreograficznych będą czuć się zawiedzeni po "Intro", ale wynagrodzi im to ostatni kwadrans z Kasią Ustowską, młodą Sopocką Muzą, która potwierdziła, że jest wielką nadzieją białych, co wiemy już co najmniej od dwóch lat, czyli od "Enclave 4/7". W "Intro" podnosi rating należnych jej komplementów do poziomu osobowości scenicznej. Każdy jej "numer" ma pomysł, znana energia wzbogacona jest dojrzałością, pozytywną świadomością, prawdą postaci. A wspomnienie jej biało-czerwonej kreacji niezmiennie rozszerza mi twarz w uśmiechu.
 
"Dziękuję ci tato, że mnie zrobiłeś
Następnym razem zastanów się chwilę"
 
Po raz drugi w krótkim czasie trojmiejski teatr tańca prezentuje spektakl zangażowany społeczno-politycznie. Tak jak w przypadku "Radia Żelaza" supergrupy Fiuk/Gacki/Łabuś/Madejczyk możemy jeszcze mówić o pewnym kodowaniu przekazu, tak w "Intro" mamy już otwartą deklaratywność. Tak jak często cechą spektakli teatrów tańca jest trudność w dotarciu z komunikatem do odbiorcy, tak w przypadku najnowszej produkcji Dady mamy do czynienia wręcz z nadkomunikatywnością, która jest zaskakująca w zestawieniu z dotychczasowym wyrafinowaniem produkcji Chmielewskiej i Bzdyla. Mam jednak nadzieję, że "Intro" jest wstępem nie tylko do hucznych obchodów 100-lecia Dady, ale stanie się inspiracją dla innych. Mam nadzieję, że strzał w wykonaniu załogi Leszka Bzdyla będzie rezonować. Że wreszcie ktoś w tej wystraszonej krainie, chlubiącej się historyczną już jedynie odwagą po prostu zaryzykuje. Nie czekajcie na sygnał z Centrali, weźcie się wreszcie do roboty. Oi!
 
"Jesteśmy umarli, nic nas nie powstrzyma
Żadna policja ani żadna głupia siła
Spotkanie z nami oznacza śmierć
Powiedz czy ty też masz na nią dziś chęć"
Nagrobki, Jesteśmy martwi

***

Anna Kołodziejska
Polish Dada, a w ustach posmak groteski zostanie 
Teatralia, nr 147, 16.10.2015
 
Teatr Dada von Bzdülöw igra w najlepsze. Zabawa konwencjami, stylowe wariacje, eklektyzm wszczepiony w tkankę spektaklu podane z przystawką choreograficznego artyzmu to teatralne wiktuały, którymi od lat karmi publiczność gdański tandem Chmielewska&Bzdyl. Kolejna premiera to nihil novi w tej materii. W najnowszej produkcji scenicznej tej formacji groteska i absurd odziane w tematyczny kostium polskości przechadzają się traktem wytyczonym kontrowersją. Intro od samego początku tyka złowróżbnie, napędzany trybikami karykatury. I nie ma zmiłuj. Kloaka naszych narodowo-podwórkowych słabości wybuchnie i już.
Ksenofobia połączona z problematyką tożsamości narodowej, temat tak śmiało, rzec można nałogowo, eksploatowany na gruncie  rodzimej literatury i sztuki, w spektaklu Dady zyskuje nowe oblicze dzięki technice odwrócenia. Litania polskości wymawiana jest ustami obcokrajowców. Rzepak, barszcz, jaja od zielononóżek, owoce z ryneczku, nadwiślańska wieża Babel. Polska obsypana darami wschodu, arabeskami, daktylami, muzułmańskim fundamentalizmem i zamachowcami-samobójcami. W tych infantylno-podniosłych iteracjach zawiera się cała moc kompleksu polskiego i lęków przed Innym.  Zaś w kontekście aktualnych rozgrywek na arenie politycznej związanych z problemem imigracyjnym, ostrze ironii Dady wymierzone w kierunku wspólnoty narodowej, europejskiej nabiera nowych znaczeń.
 
Intro to ciągłe oscylowanie w skali makro-mikro. Naród, rodzina, stosunki damsko-męskie. Obrazy te wprzęgnięte zostały w skarykaturyzowane schematy obcości, gry pozorów, maskarady. Familijna kolacja na stole z telewizora, dzielenie się posiłkiem, ale jeśli nikt nie widzi, to,  i pączka trzeba wytrzeć, bo a nuż ktoś paluchami macał. Miłosne umizgi to pląsanina niewiast-baletnic w tonacjach Czajkowskiego i samcze prężenie muskułów. Świadomość narodowa z kolei sprowadza się do dęcia w trąbki podczas meczu i stawiania kolejnych martyrologiczno-winkelriedowskich pomników (świetna pantomima Bzdyla i Stanka). Przesada?
 
Oprawa choreograficzna spektaklu nie jest jedynie estetycznym dodatkiem. W Intro staje się ona ewokacją  ładunku ideowego. To taniec, pantomima, performens  są nośnikiem znaczeń, skojarzeń, tropem. Indywidualne realizacje poszczególnych scen przenikają się ze zbiorowymi układami tanecznymi, dla których tło stanowi muzyka zespołu Nagrobki. Teksty obfitujące w mortualną frazeologię i energetyzująca rockowo-garażowa muzyka świetnie podkreślają taneczny obłęd, w który wpadają postaci, pęd ku nadaniu sobie choćby namiastki sensu bycia. Ma to swój wyraz zwłaszcza w tym momencie spektaklu, w którym każdy z bohaterów w szaleńczym biegu zatacza kręgi na scenie, by w samym jej środku odegrać swoisty monodram –  taneczno-pantomimiczną narrację stanowiącą skrót z życia, jego charakterystyczny wycinek.
 
Intro poraża nie tylko odważnym tematycznym prztyczkiem w konserwatywny nos, ale też ogromną dawką różnorodności scenicznego dziania się i dynamizmu. Chmielewskiej i Bzdylowi na scenie towarzyszyła para młodszych tancerzy: Katarzyna Ustowska i Piotr Stanek. Artyści świetnie odnaleźli się zarówno w układach wspólnych, jak i w indywidualnych wykonaniach, zwłaszcza tych wyrażających stany emocjonalne bohaterów (zapadający w pamięć obraz gniewnego i zagubionego nastolatka jako miotającego się, wściekłego psa w aranżacji Stanka). O ile gra Stanka podporządkowana jest jednej linii charakterologicznej, Ustowska wciąż się przepoczwarza. I to ona  gra w tym spektaklu pierwsze skrzypce, gdyż absorbuje uwagę widza z każdym kolejnym pojawieniem się na scenie. Tancerka zadziwia pomysłowością, zaangażowaniem, lawirowaniem między dosłownością a metaforą za pomocą swego ciała i ruchu scenicznego (rewelacyjna w tańcu Arabki, która finalnie zamienia czarny strój muzułmański na biało czerwony hidżab).
 
Intro nie jest spektaklem lekkim, łatwym i przyjemnym. Kusi tanecznym powabem i odkrywczością w choreograficznych poszukiwaniach wyrazu, ale pozostawia widza niejednokrotnie w ciemnym zaułku, w którym nie wiadomo czy jeszcze się śmiać, czy już zacząć poważnieć. Podejmując dyskusję na temat tożsamości narodowej, akcentuje jak niewiele przestrzeni swobody pozostaje, gdy ksenofobia podąża w szeregu z totalnym rozprężeniem, mylnie definiowanym jako tolerancja. Zatem czy Intro, w swoim ironiczno-groteskowym przekazie, ma szansę zaistnieć w tym trudnym i niewygodnym społecznie dyskursie? Głową muru nie przebijesz, ale tynk może zacząć odpadać.

***

Aleksandra Lamek
Śmiechem w ksenofoba. Premiera 'Intro' teatru Dada von Bzdülöw
Gazeta Wyborcza, Trójmiasto  , 12.10.2015
 
Teatr Dada von Bzdülöw postanowił zabrać głoś w sprawie uchodźców. "Intro" to pełna błyskotliwego humoru polemika z tymi, którzy chcieliby widzieć Polskę jako homogeniczny, czysty rasowo kraj, gdzie najdobitniejszym gestem patriotyzmu są kibolskie przyśpiewki i deklaracje o kupowaniu jaj od polskich kur.
Na tle dotychczasowych realizacji spod znaku Dada von Bzdülöw "Intro" jawi się jako spektakl dość nietypowy. Duet reżyserski: Katarzyna Chmielewska i Leszek Bzdyl przyzwyczaili widzów do kameralnych opowieści o sprawach uniwersalnych: miłości, młodości, sile i radości tworzenia, czasem też, zamiast opowiadać konkretną historię, serwowali publiczności surrealistyczny, muzyczno-taneczny odlot w miejsca, gdzie nie jest ważne, o czym się mówi, ale w jaki sposób się mówi - tak było chociażby w przypadku znakomitego "Caffe Latte".
 
Polska oczami uchodźców
 
Tym razem jest zupełnie inaczej. "Intro" to rzecz o problemach ważnych tu i teraz, które w dyskursie społecznym zajmują obecnie jedno z pierwszych miejsc. Teatr Dada von Bzdülöw postanowił zabrać głos w sprawie uchodźców i pokazać, jak wygląda Polska widziana oczami tych, którzy próbują w niej odnaleźć swój nowy dom.
 
Mamy więc czterech bohaterów: pochodzącą z Chorwacji Zoranę (Katarzyna Chmielewska), Czeczena Kerina (Piotr Stanek), Nazirę z Iranu (Katarzyna Ustowska) i Żyda Mordechaja (Leszek Bzdyl). Każdy z nich chce znaleźć swój sposób na integrację z Polakami, ale żeby to osiągnąć, musi najpierw nauczyć się polskich zwyczajów i poznać realia życia w naszym kraju. Łatwo nie będzie, ale pytanie nie brzmi "czy to możliwe?", ale "czy warto?".
 
Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo Polska widziana oczami obcokrajowców to miejsce szczególne - miejsce, gdzie miłość do ojczyzny wyraża się za pomocą wuwuzeli i biało-czerwonych szalików, a na wygłaszaniu frazesów o kupowaniu polskich jajek można zbić polityczny kapitał. Te ważne wyznaczniki bycia prawdziwym Polakiem zdaje się najlepiej rozumieć grana przez Katarzynę Chmielewską Chorwatka, która w swojej patetycznej przemowie pełnej absurdalnych kulinarnych symboli takich jak rzepa czy konfitury deklaruje, że kąpiel w Bałtyku oczyszcza ją jak kąpiel w Gangesie. Takich wymownych, a zarazem pełnych ironii momentów jest w "Intro" więcej - rewelacyjnie wypada chociażby scena, w której Stanek i Bzdyl, prężąc się niczym klony Pudzianowskiego, komentują typowy polski sposób myślenia o prawdziwej męskości, zależnej jedynie od ilości tkanki mięśniowej.
 
To nie jest poważny, nadęty traktat
 
Absurdalny, szyderczy humor jest jednym z największych walorów tego spektaklu. To dzięki niemu narodowa paranoja, wedle której wielość należy zamienić w jedność, przestaje się wydawać tak przytłaczająca i niebezpieczna, a na widowni co chwilę słychać nieskrępowany śmiech. To nie jest poważny, nadęty traktat o tym, kim jest współczesny Polak - zresztą, czy Dada von Bzdülöw chcieliby coś takiego w ogóle stworzyć? To pełna ironii zabawa formą, gra z konwencjami i drzemiącymi w naszych głowach stereotypami, w której tancerze dają z siebie wszystko. Każdy z nich ma swoje solo (najciekawsze z nich, na pograniczu tańca i pantomimy, prezentuje Bzdyl), ale rewelacyjne są także dopracowane, pełne szalonej energii zbiorowe układy choreograficzne. Na uwagę zasługuje szczególnie Piotr Stanek, który znakomicie wciela się w postać napakowanego, agresywnego Czeczena, montującego w kątach sali bomby. Świetnie wypada także odziana w czarny hidżab Katarzyna Ustowska, przekonująca o tym, że wniesie do Polski same najlepsze rzeczy: fundamentalizm, ropę i daktyle.
 
W tym szalonym, przewrotnym spektaklu wielką rolę odgrywa, jak zwykle w realizacjach Dady, muzyka - tym razem stworzona przez grupę Nagrobki, czyli Adama Witkowskiego i Maćka Salomona. Pełne punkowej energii, brudne brzmienie gitary i transowa perkusja dodają zadziorności scenom zbiorowego tańca, a teksty w stylu "Dziękuję ci mamo za ten dar życia/ następnym razem mogłabyś zapytać" przypominają, że nic tu się nie dzieje na serio. Bo dlaczego miałoby? To przecież wciąż Dada von Bzdülöw.

***

Gabriela Pewińska
Dadaistyczny kabaret w klimacie narodowego surrealizmu
Polska Dziennik Bałtycki nr 238, 12.10.2015
 
"Intro", 47 premiera tej sceny, to rzecz o Polsce. Bohaterowie: Chorwatka, Żyd, Iranka i Czeczen, przybyli do Polski z miłości do niej. Czeczen, który - jak mówi - kocha Polskę szczerze, nie bez wdzięku wyznaje, że z tej miłości mógłby się dla Polski wysadzić w powietrze. Tylko tu może być kimś, bo też nikt inny w powietrze się tu nie wysadza. Każdy z nich kręci z Polską własne piruety. Jedni kochają ją za rzepak, inni za konfitury. Jedni naprężają tu muskuły, inni szukają narodowego ducha. Ale i tak wszystko sprowadza się tu do materii. Nawet dzielenie się chlebem, który jest zwykłą bułką. Do tego krojoną na telewizorze. Polski chleb jak wazonik ze sztucznym kwiatkiem na wyszywanej serwetce. Polska - nasz teatr narodowy. Do "poloneza" przygrywa zespół Nagrobki.
 
Jest Polska w przedstawieniu "Intro" mieszanką wybuchową. Zbiorem sloganów, wyborczych haseł, stereotypów, leżakiem wyściełanym biało-czerwonym kocykiem utkanym z szalików oszalałego kibica patrioty. Na alarm grają stadionowe trąbki. I straszno, i śmieszno. Ni komedia, ni tragedia. Dadaistyczny kabaret, który zapowiadali artyści przed premierą, chyba im się udał. Mamy tu miły narodowy surrealizm. Ojczyźnianą prowokację. Coś anty. Coś przeciw. Negację. Jest i odrobina szyderstwa. Umowne lustro, które zamierzali postawić na scenie twórcy przedstawienia, mogłoby sprawić, że niektórzy poczuliby się nieswojo. Choć czy ci akurat, którzy ujrzeliby w nim własną głupią minę, chodzą na spektakle Teatru Dada von Bzdülöw?
 
To, co oglądamy, to żaden patos ani wzniosłe idee. Raczej dystans, choć podszyty pewnie wynikającą z obserwacji życia społecznego, a zwłaszcza politycznego, histerią. W "Intro" Dada von Bzdülöw trochę przypomina Andrzeja Bobkowskiego, który w latach 50. pisał: "U nas z Polską na ustach wchodzi się nawet do wychodka, chodzi się na dziwki, pożycza pieniądze i nie oddaje pieniędzy, kradnie, pije wódkę i przyjmuje z jednej strony sowieckie, a z drugiej amerykańskie napiwki. Ale jesteśmy wolną Polską, proszę Pani"...
 
"Intro" to oryginalna choreografia Katarzyny Chmielewskiej, Katarzyny Ustowskiej, Leszka Bzdyla i Piotra Stanka. Niebanalne układy i brawurowe wykonanie. Świetna scena groteskowego prężenia muskułów w wykonaniu Leszka Bzdyla i Piotra Stanka (obaj znakomici aktorsko!). Wysmakowane popisy Katarzyny Chmielewskiej i Katarzyny Ustowskiej. Mamy tu taneczne kontry i rekontry, poczucie humoru i wszechobecną ironię. W jednej z najmocniejszych scen grana przez Katarzynę Chmielewską Chorwatka stoi przed mikrofonem w świetle reflektorów, z twarzą napiętą z przejęcia, gotową do expose wszech czasów i nagle... odchodzi. Bez słowa. Balon emocji pęka. Ale jaki huk!»

***

Łukasz Rudziński 
Imigranci a sprawa polska. 
Trójmiasto pl.,  8.10.2015, 
 
 
Spektakle Teatru Dada von Bzdülöw to przeważnie propozycje złożone z inspiracji artystycznej i dialogu ciał tancerzy oraz sprawnej inscenizacji. Podobnie jest i tym razem, choć najnowsza premiera Dady, "Intro", jest z pewnością nie najlepszym, ale chyba najodważniejszym spektaklem Teatru Dada von Bzdülöw, który tym razem wprost wypowiada się na temat bardzo aktualny politycznie - o ksenofobii i lękach przed innymi narodowościami w Polsce. W tym celu Dada tworzy ironiczną opowieść o cudzoziemcach, którzy pokochali nasz kraj i pragną dać mu to, co mają najlepszego. 
 
Zaczyna się sennie. Każdy krząta się wokół własnych spraw, odwrócony od innych, skoncentrowany na sobie. Katarzyna Chmielewska wykonuje dziwaczną choreografię na leżaku, Leszek Bzdyl zajmuje się reflektorem, Katarzyna Ustowska na środku sceny zapowiada Dadę, przekręcając nazwę zespołu, a Piotr Stanek klei coś taśmą do ściany. Na ekranie starego, czarno-białego telewizora widzimy fragment próby punkrockowego zespołu Nagrobki Adama Witkowskiego i Macieja Salamona, których kolejne piosenki, prezentowane także na rzutniku za plecami tancerzy, nadają spektaklowi rytm i dynamizują go. 
 
Specjalnie na potrzeby tej premiery Teatr Dada przemianował się na Narodowy Teatr Dada von Bzdülöw, ponieważ główną kwestią, wokół której poruszają się tancerze, jest narodowość, polskość i przywiązanie do naszej ojczyzny. Dada w swoim stylu miesza konwencje, doskonale rozpoznając emocje, jakie towarzyszą kwestii tożsamości narodowej w konsekwencji kryzysu imigracyjnego, z którym mierzy się Europa. Rozbraja je więc domieszką typowego dla siebie absurdu, groteski i ironii, kreując cudzoziemców, którzy pragną żyć w naszym kraju. 
 
Każdy z tancerzy ma swój "monolog obcokrajowca": Zorana (Chmielewska), Mordechaj (Bzdyl), Nadira (Ustowska) i Ahmed (Stanek) pochodzą z różnych stron świata, ale ich losy połączone są z Polską. Pierwsza z nich kreuje się na wielką fanką naszego kraju, drugi został natchniony przez Boga do wsparcia kraju na Wisłą, gdzie rozwija się jednonarodowa wieża Babel, trzecia obiecuje, że przekaże nam to, co ma najlepszego - arabski fundamentalizm i słodkie orzechy, czwarty z miłości do Polski postanawia poświęcić się dla naszego kraju i jako pierwszy wysadzić się tu w powietrze. 
 
Spektakl przygotowany przez Katarzynę Chmielewską i Leszka Bzdyla łączy elementy grozy, z groteską i komedią (świetna scena krojenia pączka), wykorzystuje motyw zabawy (ciekawe połączenie tańca i zabawy "Baba Jaga patrzy") i zaskakuje pomysłami (pseudokulturystyczny pokaz naprężonych mięśni tancerzy), kontrapunktując kolejne sceny zbiorowym teledyskowym tańcem do żywiołowych, oscylujących wokół tematu śmierci, piosenek Nagrobków. To, co często bywało słabością Dady - wypowiedzi do mikrofonu - tym razem jest dokładnie zaplanowane i wyreżyserowane. Zaskakująco dobrze aktorsko wypada Leszek Bzdyl w roli prostego, wulgarnego Żyda (Bzdyl ma też później świetne, oparte na pantomimie solo), podobnie jak Chmielewska, ciskająca słowa między widzów niczym strzały. 
 
Jednak odkryciem spektaklu jest Katarzyna Ustowska - najciekawsza w tańcu, przyciągająca uwagę niemal w każdej chwili obecności na scenie. Najmniej wyrazisty na scenie, bazujący głównie na sprawności i męskiej energii, pozostaje Piotr Stanek. 
 
"Intro" jest na swój sposób chropowate, dużo bardziej radykalne w treści niż dotychczasowe spektakle Dady, przy mimo wszystko łagodnej, zgrabnej formie. Niemal cykliczna naprzemienność typowego dla Dady teatru ciała i działań performatywnych oraz teledyskowych, bardzo asynchronicznie wykonywanych układów wspólnych, porządkuje spektakl. 
 
Jednak całość wydaje się być propozycją dość hermetyczną i dla części osób pewnie bardzo kontrowersyjną, bo podszytą zdecydowaną krytyką polskiej ksenofobii związanej z kwestią imigrantów, co widać choćby w groteskowym biało-czerwonym kostiumie Ustowskiej w ostatniej scenie. Wielki ukłon za odwagę by podjąć tak trudny i potrzebny w teatrze temat. Tyle, że poza sporą dawką charakterystycznego dla Teatru Dada von Bzdülöw humoru i odważną, ironiczną odpowiedzią na postawę wielu rodaków, spektakl nie wnosi w kwestię imigrantów za wiele - przypomina raczej wyjście przed czołgi ze śrutem na kaczki.
 
Wpisz swoją treść