PL
EN

Słowa o Dada

Słowa o Dada

Przypadki Dada von Bzdülöw

Przekrój nr 31/05.07.13

Mike Urbaniak

Jeden z najważniejszych, a może i najważniejszy polski teatr tańca skończył w tym roku 20 lat. Jego droga była kręta i fascynująca, a artystyczny bilans imponuje. Ale nie o bilanse tu chodzi, tylko o plany na przyszłość. Bo Dada nieustannie idzie do przodu.

To wręcz niewiarygodne. 20 lat? A jednak. Rzecz w Polsce niespotykana, żeby jakaś niezależna grupa artystyczna nie tylko tak długo przetrwała, lecz także była niezmiennie w świetnej formie. Ostrożnie szafując przymiotnikami, można bez ryzyka stwierdzić, że Dada von Bzdülöw to legenda, landmark polskiego teatru tańca i - to będzie najtrafniejsze ze względu na lokalizację określenie - latarnia morska. Wielu okrętom pokazała drogę. Dada to wiele szczęścia. Właściwe osoby we właściwym miejscu i czasie. Mnóstwo ciężkiej pracy, świadome wybory oraz rozliczne przypadki. Podobno wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dwie dekady, było dziełem przypadku. Ale czy naprawdę ktoś w to uwierzy?

Całował biskupi pierścień

To przez przypadek Leszek Bzdyl trafił do Lotniczych Zakładów Naukowych we Wrocławiu (brzmi poważnie, ale było to po prostu technikum). Zawsze czuł się humanistą, dosłownie połykał książki historyczne, ale rodzice chcieli, żeby miał konkretny zawód. Wybrał więc kierunek o najbardziej fikuśnej nazwie i uczył się, by zostać technikiem i mechanikiem osprzętu i urządzeń pokładowych. W trakcie nauki trwała także jego nieustanna fascynacja religią. Leszek był najpierw ministrantem, potem lektorem, całował biskupi pierścień i poważnie rozważał wstąpienie do seminarium duchownego. - Ceremonie kościelne były moim ówczesnym teatrem - wspomina dzisiaj. - Ale podczas jednej z mszy diabeł mi podszepnął: "Co za marny teatr!". Czar Kościoła prysł. Straciłem łaskę.

Zatańczyć literaturę? Dada von Bzdülöw to potrafi. Od początku istnienia grupa inspiruje się wielkimi dziełami europejskiej prozy, tłumacząc idee na ruch i gest.

Perspektywę stanu duchownego szybko zastąpiła równie posępna perspektywa pójścia w kamasze. Trzeba się było ratować studiami. Leszek rozważał filozofię, polonistykę i historię. Padło na tę ostatnią, bo przecież już kiedyś ślęczał nad książkami historycznymi. Rozpoczął studia na Uniwersytecie Wrocławskim i - mimo rozlicznych pokus - je skończył. Jego kolegą z roku był Grzegorz Schetyna, od lat gruba ryba Platformy Obywatelskiej.

Balet to nie bułka z masłem

Katarzyna Chmielewska jest z serca i duszy gdańszczanką. Z Gdańska pochodzi jej cała rodzina, ale przypadek sprawił, że jej rodzice wyprowadzili się najpierw do Szczecina, gdzie Kasia się urodziła, a potem przenieśli się do Gryfina. Artystycznie uzdolniony ojciec - malarz i poeta - bardzo wcześnie zauważył talent córki, więc wysłał ją do Szkoły Baletowej w Gdańsku. - To było szybkie i radykalne odcięcie pępowiny - opowiada Kasia. - Początek był trudny, bo miałam dziewięć lat i mieszkałam w internacie. Najgorsze były weekendy, kiedy większość dzieci jechała do domu, a ja nie. Wtedy czym prędzej uciekałam do dziadków w Gdańsku.

Szkoła baletowa to, jak powszechnie wiadomo, nie jest bułka z masłem. Panuje w niej określony rygor i sztywne zasady, ale jakoś poszło. Kasia przetrwała trudne chwile i tuż przed maturą poszła z koleżanką (także tancerką) do Opery Bałtyckiej. Tam pracował Wojciech Misiuro - tancerz, choreograf, reżyser i mim, który pod koniec lat 80. założył na Pomorzu Teatr Ekspresji.

- Weszliśmy do opery, a tam na dużej scenie zajęcia z ekspresji ruchu prowadził Leszek. Wyglądał jak dzikus, miał długie włosy, wspaniale się ruszał. Szybko dostałam rumieńców. Potem poszliśmy do SPATiF- u w Sopocie i tak się zaczęło - śmieje się Kasia.

Ich związek, zupełnie prywatny, trwał osiem lat. Zawodowy trwa 20, do dzisiaj.

Bzdyl przybywa do Trójmiasta

Jeszcze na studiach, oczywiście przez przypadek, Leszek Bzdyl zdaje egzaminy do Wrocławskiego Teatru Pantomimy prowadzonego przez legendarnego Henryka Tomaszewskiego. - Kolega mim tam zdawał i mówi: "Chodź, spróbujesz". Ja, że mnie to nie interesuje, a on na to, że przynajmniej poznam mistrza. Poznałem, zdałem i zostałem.

Tomaszewski się zgodził, by Leszek, będąc w jego teatrze, kontynuował studia historyczne, co było nie bez znaczenia, bo rozwój intelektualny był dla niego zawsze tak samo ważny jak fizyczny. W międzyczasie Bzdyl zdał też egzaminy do PWST we Wrocławiu, ale nie rozpoczął studiów. Panująca na uczelni atmosfera go odstręczała.

- I tak to trwało przez trzy lata. Najpierw zajęcia na uczelni, potem teatr: taniec, śpiew, ruch. Bardzo dużo pracy. Czułem jednak, i Tomaszewski też, że nie jestem oddany do końca, że cały czas chcę coś po swojemu. Zwolnił mnie więc bardzo ładnie i puścił w świat, bym robił swoje.

Bzdyl gra trochę na ulicy i - a jakże! - przypadkiem spotyka Wojciecha Misiurę, który był akurat we Wrocławiu i zaproponował mu, żeby przyjechał do Gdańska i dołączył jako aktor i nauczyciel do jego Teatru Ekspresji. Tak się stało. Bzdyl przybywa do Trójmiasta.

Dada to wolność

W Teatrze Ekspresji spędził dwa łata. O rok za długo. Znów czuł, że ogranicza go etat, instytucja, regulamin. Zaczynał myśleć, że może najlepszym rozwiązaniem jest uczenie.

I przypadkowo spotkał Elwirę Rewińską, działaczkę kulturalną, pasjonatkę filmu, która prowadziła zajęcia w Pałacu Młodzieży w Gdańsku. Rewińska zaproponowała Bzdylowi, by poprowadził zajęcia dla dzieciaków. Zgodził się od razu, choć nie miał bladego pojęcia, jak z młodzieżą pracować. Właśnie wtedy do Pałacu Młodzieży przyszła 13-letnia wówczas Anna Steller, dzisiaj znakomita tancerka i choreografka, która współreżyserowała najnowszy, jubileuszowy spektakl Dada "Zagraj to, czyli 17 tańców o czymś", w którym także występuje, obok Katarzyny Chmielewskiej i Leszka Bzdyla.

- Poszłam do Pałacu Młodzieży jako uduchowiona nastolatka, która chłopakami jeszcze za bardzo się nie interesowała, w szkole nie miała z kim gadać, w domu nie chciała siedzieć. Powiedziano mi na portierni, żebym się zapisała na kółko teatralne, które prowadzi "fajny pan z długimi włosami". Weszłam do sali i zostałam. To był naprawdę wspaniały okres, który zaważył na moim życiu - opowiada Steller.

Z czasem uruchomiono kolejną grupę dla 18-19-latków, która po kilku latach połączyła się z młodszymi, a w zasadzie już starszymi przecież tancerzami i tak się wykrystalizowała grupa Teatru Dada von Bzdülöw. Grupa, należy dodać, do której nieustannie przychodzili i z której odchodzili tancerze. Takie było od początku założenie. Nic na siłę.

- To jedna z najważniejszych cech Dada - mówi Joanna Szymajda, wicedyrektorka Instytutu Muzyki i Tańca. - To oni wprowadzili otwarty model współpracy kolektywnej. Nigdy nie byli zamkniętą grupą, która obraża się na osoby decydujące się odejść. Każdy musi przecież kroczyć własną ścieżką rozwoju i oni to rozumieli. Dzięki temu z Dada wyszło wielu samodzielnych dzisiaj choreografów, jak choćby Rafał Dziemidok, Radek Hewelt czy Filip Szatarski. Oczywiście liderami byli zawsze Kasia Chmielewska i Leszek Bzdyl, ale nie na zasadzie guru, tylko jako zapraszający do wspólnych poszukiwań. Dada to przestrzeń absolutnej wolności.

Ruch ciała i głowy

Jednym z pierwszych widzów oglądających debiutancki spektakl Dada był Maciej Nowak, dziś dyrektor Instytutu Teatralnego w Warszawie. - To, co wówczas zobaczyłem, było niezwykłe. A wynikało z tego, że Leszek jest nie tylko wybitnym tancerzem i choreografem, lecz także intelektualistą, który zawsze mnóstwo czytał. Zobaczyłem na scenie napięcie między elementami intelektualnymi i cielesnymi. Teatr Dada von Bzdülöw nieustannie czerpał z tekstów wielkiej europejskiej literatury i to ich od początku wyróżniało.

Potwierdza to Joanna Szymajda: - Spektakle Dada to zawsze było dużo literatury. Ale na "dada styl" - bo myślę, że taki istnieje - składają się także wyjście od pantomimy podyktowane życiorysem Leszka oraz współpraca na żywo z muzykami, którzy nie są tylko służebnym tłem, lecz pełnoprawnymi performerami, bo w Dada wszyscy są włączani w proces twórczy. Nie można też zapomnieć o charakterystycznej dla nich improwizacji i czymś, co nazwałabym po prostu teatralizacją.

- Pierwsze moje skojarzenie z Dada to oczywiście literatura- błyskawicznie odpowiada Izabela Szymańska, pisząca o teatrze i tańcu dziennikarka "Gazety Wyborczej". Bardzo często odwołują się do niej w spektaklach. "Kilka błyskotliwych spostrzeżeń..." to inspiracje Witoldem Gombrowiczem, "Faktor T" - Stefanem Themersonem, "Czerwona trawa" - twórczością Borisa Viana. Nawet kiedy wystawiali "Le Sacre", czyli przełomowe dla XX wieku "Święto wiosny", nie skupiali się na muzyce Strawińskiego ani choreografii Niżyńskiego, tylko na korespondencji między kompozytorem a autorem libretta i oprawy plastycznej Mikołajem Roerichem, w której artyści opisywali pierwotną wersję baletu. Oczywiście w spektaklach Dada nie zobaczymy ruchowej interpretacji fabuły, przygód bohaterów książek, lecz raczej idee z lektur, które najmocniej wpłynęły na członków zespołu.

Nie jesteśmy offem

- Naszą działalność można podzielić na pierwsze trzy lata wzajemnej edukacji - mówi Leszek Bzdyl. - Potem kolejne trzy lata wchodzenia na rynek zawodowców, branie udziału w rozlicznych festiwalach. W 1999 r. nadszedł kryzys formuły teatru - parę osób odeszło, parę trzeba było kopnąć, żeby same poszły dalej. I w roku 2000 ruszyliśmy w zmienionej formule. Wtedy zniknęła edukacja zespołowa, a zaczął się czysty teatr robiony w najrozmaitszych konfiguracjach.

Koniec lat 90. to czas, kiedy Katarzyna Chmielewska wyjeżdża do słynnej szkoły P.A.R.T.S. (The Performing Arts Research and Training Studios) w Brukseli, gdzie ma styczność z wybitnymi choreografami, nowymi stylami i technikami tanecznymi. Swoją wiedzę i doświadczenie przywiozła do Polski, co nie pozostało bez wpływu na teatr.

W połowie lat 90. Dada przytula się po raz pierwszy do teatru instytucjonalnego. Trochę przypadkiem współpracę zaproponowała grupie Julia Wernio, która kierowała Teatrem Miejskim w Gdyni. Okazało się, że w Trójmieście jest wielkie zainteresowanie teatrem tańca. Grali tam spektakle przy pełnej widowni.

Anna Steller: - To było bardzo ciekawe, bo dla wielu ludzi byliśmy offową grupą, która występuje na zupełnie nieoffowej scenie. Leszek Bzydl dodaje: - A ja zawsze powtarzałem, że nie jesteśmy żadnym offem, tylko grupą zawodową. Wierzyłem od początku w profesjonalne granie, dobrze zbudowany repertuar. Każdego roku produkowaliśmy dwa - trzy spektakle. Naprawdę ciężko pracowaliśmy. Nie byliśmy komuną, która po zagranym spektaklu siedzi razem i pali kadzidełka.

Potem rozpoczęła się intensywna współpraca Leszka Bzdyla z Piotrem Cieplakiem. Trochę przez przypadek. Cieplak zobaczył na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych spektakl Dada "Człowiek, który kłamał, na przykład Heiner Müller" i się nim zachwycił. Był krótki rozdział Gdańskiego Teatru Tańca założonego wspólnie z Melissą Monteros i Wojciechem Mochniejem. Potem powstanie Bałtyckiego Uniwersytetu Tańca, a następnie Trójmiejskiej Korporacji Tańca (jeden i drugi twór to były po prostu festiwale). Był ferment i dużo się działo. Tak na Pomorzu rozkwitł teatr tańca.

Leszek kopie w drzwi

Bzdyl: - To był jakiś szalony czas. Po komunistycznej zamrażarce musieliśmy sami wszystko nadrabiać. Byliśmy spóźnieni wobec świata. Ale to dało nam wolność, bo nie mieliśmy nad sobą żadnej czapy, nie byliśmy uwikłani w taneczny świat i mogliśmy robić, co nam się podoba. Byliśmy pionierami, do wszystkiego dochodziliśmy sami. I nie technika była dla nas istotą sprawy, ale budowanie szczerego dialogu z widzem.

Dzisiaj Dada, po krótkim romansie z Teatrem Nowym w Łodzi za dyrekcji Zbigniewa Brzozy (chwilowa zdrada Pomorza), działa przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. To teatralny dom grupy. Ale pozostaje ona wciąż niezależnym przedsięwzięciem, któremu ton nadają Leszek i Kasia.

Katarzyna Chmielewska: - Trochę razem przeszliśmy, nie da się ukryć. Były awantury, raz nawet Leszek zwichnął nogę, kiedy kopnął w drzwi, ale szybko wracaliśmy do równowagi. Okazało się jednak, że tyle czasu poświęcaliśmy teatrowi, że zaniedbaliśmy nasz związek. Teatr był dla nas zawsze najważniejszy.

Na pytanie, co Dada wniosła do polskiego teatru tańca, Kasia szybko odpowiada: - Myślę, że nasza konsekwencja pomogła wielu artystom, którzy zobaczyli, że można. Wszyscy narzekają nieustannie, że jest ciężko, a nam się jednak udało. A artystycznie? Połączyliśmy z sukcesem taniec i teatr. Ja ciągnęłam zawsze w stronę tańca, Leszek w stronę teatru i tak wykuwała się tożsamość Dada.

A skąd ta dziwaczna nazwa? Leszek:

- Musiała być absurdalna. Kiedy mnie ktoś o nią pyta, zawsze wymyślam inną historię albo wymyśla ją życie. Kiedyś na festiwalu w Bytomiu ogarniam coś na scenie i mówię do panów technicznych: to dajmy tu, światło będzie tak. Nagle jeden z nich podchodzi do mnie i mówi: - Niech pan tu nic nie ustawia, szkoda fatygi. Zaraz ma tu przyjść ten Niemiec i to wszystko panu pozmienia. - Jaki Niemiec? - pytam zdziwiony Na co on: - No ten, von Bzdülöw.

 

***

 

Dwadzieścia lat innego tańca

Gazeta Wyborcza - Trójmiasto, 30-10-2012

Przemysław Gulda

Kiedy zaczynali, dwie dekady temu, nikt nie mógł się spodziewać, że dziś, z kilkudziesięcioma spektaklami i niezliczonymi pozytywnymi recenzjami, będą prawdziwymi gwiazdami, a wręcz swego rodzaju klasykami, teatru tańca w Polsce. Dada von Bzdülöw ma dwadzieścia lat.

Kiedy patrzy się na najnowsze produkcje gdańskiego teatru, pełne żywiołowości, młodości i entuzjazmu, niemal trudno uwierzyć, że zespół istnieje już od dwóch dekad. Upływający czas w żaden sposób nie odebrał członkom grupy energii, pomysłowości i odwagi. A może wręcz przeciwnie. I to pewnie dlatego Dada von Bzdülöw ma dziś tak mocną pozycję w środowisku polskiego teatru tańca - z jednej strony jest swego rodzaju klasykiem i punktem odniesienia dla młodszych artystów, z drugiej zaś - nie zasklepiwszy się w pancerzu rutyny - ciągle żywą, aktywną, eksperymentującą grupą artystów, nie bojących się wyzwań i próbowania swych sił w zupełnie nowych sytuacjach.

Odważne eksperymenty

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu, kiedy dwoje artystów od kilku już lat działających na raczkującej jeszcze wówczas zupełnie w Polsce scenie teatru tańca, Katarzyna Chmielewska i Leszek Bzdyl [na zdjęciu], postanowiło połączyć siły i zacząć pracować razem. On miał za sobą przeszłość w słynnym Teatrze Ekspresji, ona - klasyczne wykształcenie w szkole baletowej, oboje brali już wówczas udział w międzynarodowych projektach z udziałem zagranicznych tancerzy, choreografów i nauczycieli. Wspólnie stworzyli zespół, który od samego początku miał bardzo efemeryczną formułę: w jego skład wchodzili różni artyści, którzy wspólnie pracowali nad różnymi projektami. Byli to przede wszystkim tancerze, ale także twórcy reprezentujący inne dziedziny: muzycy, aktorzy czy plastycy, pomagający przygotować scenograficzną warstwę spektakli.

Kolejne produkcje zespołu pokazywały jego ogromną wszechstronność i odwagę eksperymentowania z różnymi formami wyrazu i choćby najbardziej odległymi od siebie konwencjami. Niektóre były kameralnymi, niemal intymnymi przedstawieniami solowymi, w których członkowie grupy nie bali się wyrażać w tańcu swoich najgłębszych emocji, inne zaś - niemal rozkrzyczanymi, barwnymi, skrzącymi się najróżniejszymi pomysłami widowiskami, grającymi raczej kliszami zaczerpniętymi z kultury masowej niż emocjonalnymi introspekcjami.

Występy w Europie, Ameryce i Azji

Zespół nigdy nie ograniczał się do lokalnego podwórka - od zawsze chętnie współpracował z artystami z innych miast, a także z zagranicy. Często za granicą także występował. Gdyby wbić w mapę świata chorągiewki we wszystkie miejsca, gdzie Dada pokazywała swoje spektakle, byłby to prawdziwy las, najgęstszy oczywiście w Europie, ale porastający także Amerykę czy Azję - założyciele teatru wrócili właśnie z występów w odległej Korei.

Z okazji jubileuszu swojego istnienia członkowie zespołu postanowili przygotować dla swoich wielbicieli prawdziwe święto: festiwal Dada XX. Odbywać się on będzie na scenie Teatru Wybrzeże, z którym w ostatnim czasie artyści tej grupy aktywnie i chętnie współpracują. Jego kolejne etapy odbywać się będą od końca października do połowy grudnia. W ich ramach zobaczyć będzie można osiem tytułów z bieżącego repertuaru teatru: "Duety nieistniejące", "Magnolię", "So Beautiful", "Caffe Latte", "Fruu", "Bonsai", "Le Sacre" oraz "Czerwoną trawę". Prawdziwą niespodziankę artyści przygotowują jednak dopiero na zakończenie festiwalu - zaprezentują wtedy najnowszą, przygotowaną specjalnie z tej okazji premierę, spektakl zatytułowany "Celebration, czyli koniec. I jeszcze raz!"

 

***

 

Jadwiga Majewska / www.kongreskultury.pl /

Z pamiętnika Wacława Niżyńskiego: Będę udawał klowna, ponieważ wtedy lepiej mnie zrozumieją. Chcę przez to powiedzieć, że klown jest w porządku, gdy wyraża miłość. Klown bez miłości nie jest od Boga. W naszym „świecie bez Boga” tancerz nie uchodzi za kapłana, a taniec nie kojarzy się z liturgią, tańczy się przecież dla rozrywki, dla kamer. Jeżeli ktoś tańczy „poważnie”, uchodzi za śmiesznego wariata... W skali szaleństwa twórców Teatru Dada von Bzdülöw oceniam na maksa.

Za co? Z jednej strony – za odwagę dadaistycznego radykalizmu w zdzieraniu fałszywych szatek elegancko klasycznym autorytetom i za nieuleganie dyktatowi rynkowych modnisiów; z drugiej strony – za prowokacyjne zdzieranie obowiązkowego cudzysłowu z tego, co autentyczne, wzniosłe, czyste. Za nieprzewidywalne kierunki w poszukiwaniu nowych sposobów robienia teatru, za konsekwentne unikanie wygodnej instytucjonalizacji, za wytrwałe znoszenie pomyłek i skromność w akceptowaniu sukcesów. Za cierpliwe kształcenie tancerzy aktorów jako samodzielnych i twórczych osobowości. Za przedstawienia pokazywane za wszelką cenę, za ten, od szesnastu już lat, żywy z publicznością kontakt i za wyrażany tym sposobem szacunek dla widza. Słowem: za przesadę, bez której – deklarowane przez legion artystów – „ryzyko tworzenia” pozostaje pustą deklaracją.

A wszystko to tym cenniejsze, że nader rzadkie w polskim teatrze... Pierwsze swoje przedstawienie z 1993 r. Teatru Dada von Bzdülöw zatytułował prowokacyjnie: Peep show, ostatnie z 2008 r. teoretycznie: Faktor T. Pomiędzy nimi upłynęło piętnaście lat cholernie poważnej zabawy na oczach publiki. Z perspektywy, na końcu której widać początek polskiej „wolności”, Dada wniósł do polskiego rozumienia teatru nową jakość – idąc w poprzek ustalonych podziałów, przekroczył granice prowincji. Założyciel i lider zespołu Leszek Bzdyl (wraz z Katarzyną Chmielewską) chciał od początku zrobić teatr nowy, wykraczający poza mury teatru dramatycznego i poza podłogę do tańca – a przecież mocno stojący na scenie. Stąd może to nieodparte wrażenie, że w przeciwieństwie do poprawnego naśladowania, jakie najczęściej oglądamy dziś na polskich scenach (o parkietach nie wspominając!), nasi „dadaiści” proponują coś autentycznie rodzimego – bez kompleksów.

Teatr tworzony przez Bzdyla początkowo był mocno związany z pantomimą, z tym jakże „polskim” stylem, który wywodzi się może z witkacowskiej błazenady przed obiektywem, a może z gombrowiczowskich min na styku celebry i codzienności. Dzięki temu dziedzictwu, nasz „reżyser ciała” wypracował swoisty język ruchowy oparty na aktorskiej improwizacji tancerza. Jego performer bywa autentyczny jak Książę Niezłomny i posłuszny całości scenicznego „wyrazu” niczym kantorowska nadmarioneta. Przy tym Bzdyl to twórca, zaskakująco jak na performera „literacki”, by wymienić choćby tylko Taboriego i Schwaba, Majakowskiego i Gombrowicza, Themersona i Müllera, pisarzy uniwersalnie „naszych”, którzy zainspirowali jego „osobiste” spektakle. Autentycznie „próbowane na scenie” przedstawienia z czasem nabiorą subtelności, filozoficznego i formalnego wyrafinowania (Kilka błyskotliwych spostrzeżeń..., Bonsai, Eden, Karnacja, Faktor T), co pozwoli im połączyć intelektualną ważność z emocjonalnym napięciem. W sumie pojedyncze produkcje coraz wyraźniej budują wewnętrznie różnorodną całość, i chociaż dramatyczna struktura spektakli wydaje się luźna, to przecież zadziwiająco łączą się one ze sobą – siatką misternie rozsnuwanych napięć wewnętrznych, i ze światem – dendronami zewnętrznych nawiązań.

Niektóre arogancko ześlizgują się w „zły gust”, inne brawurowo wznoszą się na wyżyny nowoczesnego „misterium”. I chyba dlatego właśnie – skazane na tę „sarmacką” dwoistość – zjawisko „Dada von Bzdülöw” wpisuje się coraz wyraźniej w pamięć polskiej sztuki performatywnej... Jego twórca to albo kapłan, albo błazen, nigdy tylko artysta. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.